Gdzieś w oddali zaskrzeczał kruk, przerywając tym samym moje bezmyślne wpatrywanie się w bezkresny horyzont wypalony słońcem. Czasy były dla nich łaskawe, leżące na każdym kroku zwłoki zapewniały obfitość pożywienia. Moje zniszczone trampki z niegdyś popularnym logiem z gwiazdką w tle od dawna już nie nadawały się do chodzenia - piasek wdzierał się w każdą szczelinę, przeszkadzając niemiłosiernie podczas marszu. Nie zliczę ile razy wpadałem w piaskowe zaspy po pas, nie mogąc się później wyswobodzić przez następne kilkanaście minut. Traciłem przy tym cenne siły, które tak sprawnie odbierał mi gazowy olbrzym. Rzadko kiedy sięgałem pamięcią czasów przed staniem się Ypsilo, jednak do dzisiaj wyraźnie pamiętałem twarz Poparzeńca będącego sprawcą mojego wygnania z bezpiecznej strefy. Nie potrafiłem już powiedzieć gdzie było mi lepiej: po prostu pogodziłem się z obecną sytuacją i w dalszym ciągu starałem się przetrwać co niezaprzeczalnie łączyło mnie z ludźmi.
Od paru dni nie jadłem niczego konkretnego, nawet w powietrzu nie dało się wyczuć tak charakterystycznego zapachu śmierci. Być może liderzy innych grup zdążyli już sprzątnąć ciała swoich dawnych towarzyszy, by te nie stały się pożywką dla takich jak ja. Jednak cóż innego mogłem począć? Ludzkie mięso okazało się jedynym dostępnym pożywieniem, a mój żołądek witał je z otwartymi ramionami.
Podczas licznych wędrówek po okolicy nie starałem się zachowywać szczególnie cicho czy ostrożnie. Żadna istota będąca w pełni rozumu nie odważyłaby się zaatakować Poparzeńca na otwartej przestrzeni, gdzie od takowych wręcz się roiło, toteż czułem się bezpieczny. Wygwizdywałem znaną sobie piosenkę, lecz niespodziewanie sokoli wzrok dostrzegł w oddali silny, oślepiający błysk - bez wątpienia była to część metalowej konstrukcji walących się szczątków niewielkiego domu. Znajdywałem się wiele kilometrów na północ od większego miasta, dlatego prawdopodobieństwo natknięcia się na jakiekolwiek zagrożenie okazało się naprawdę nikłe. Chociaż nowy cel nie był mi zbytnio po drodze, okazja wydawała się zbyt kusząca, by ją zaprzepaścić. Bez trudu dotarłem na miejsce szybkim truchtem, następnie przetarłem wierzchem dłoni powstałe na czole krople potu. Czym prędzej skryłem się w dającym odrobinę zbawieńczego chłodu, zaciemnionym wnętrzu domostwa - okazało się ono zadziwiająco schludne jak na dzisiejsze czasy. Na środku pomieszczenia zapewne kiedyś służącego za kuchnię, stał niewielki stół oraz dwa proste krzesła. Po obu stronach wciąż znajdowały się talerze ze zgniłym i wysuszonym na wiór jedzeniem co świadczyło o tym, iż dawni lokatorzy wynosili się stąd w niemałym pośpiechu. Nagle z obserwacji wyrwał mnie tajemniczy szmer: przypominał złudzenie, lekki powiew pustynnego wiatru lub trzepot podartej szmaty sterczącej w oknie, teraz pełniącej rolę zasłony. Gwałtownie odwróciłem się za siebie, ale nie zauważyłem żadnej zmiany. Dźwięk już się nie powtórzył, gdy przez parę długich minut zakradałem się bezszelestnie z powrotem pod drzwi wejściowe. Szósty zmysł kazał zachować ostrożność, dopóki ponownie nie znajdę się na otwartej przestrzeni. I rzeczywiście, miałem rację - tuż nieopodal gospody stał samochód na którego wcześniej nie zwróciłem uwagi. Lata świetności miał już dawno za sobą i zapewne nie zainteresowałbym się nim, gdyby nie praktycznie niedostrzegalny cień rzucany przez czyjeś nogi tuż między podwoziem a piaskiem. Ktoś się za nim ukrył, a ja w jednej chwili zrozumiałem kto był sprawcą owego hałasu. Przeciwnik zapewne nie był głupi i doskonale wiedział, iż właśnie został odkryty. Przekonałem się o tym niemal natychmiast, czyniąc mały krok w jego kierunku - obcy na owy ruch wystrzelił zza drugiego boku pojazdu niczym drapieżny kot, wymierzając swoją kuszę prosto w moje gardło. Ciężki, żelazny grot połyskiwał niebezpiecznie, mimo to nawet nie drgnąłem. Byle człowieczek z bronią nie był w stanie mnie przestraszyć: to zabawne jak taka naładowana jedną strzałą zabaweczka może podnieść pewność siebie.
Wszystko zmieniło się z chwilą spojrzenia w te ciemne, ponure oczy patrzące na mnie z niemałym obrzydzeniem. Odpowiedziałem im pełną pogardą i uśmiechnąłem się błogo - czyżby czekała mnie kolejna walka? Na samą myśl poczerniałe od zarazy serce zabiło żywiej.
- Nie próbuj żadnych sztuczek, bo rozwalę ci łeb. - młody, zdecydowany głos nieznajomego brzmiał niczym strzał z bicza.
Przekręciłem głowę w bok w odpowiedzi na jego słowa. To zabrzmiało bardziej jak rozkaz niż ostrzeżenie, ale tego nie mogłem być do końca pewien. Wbrew jego słowom, śmiało postąpiłem jeszcze dwa kroki do przodu, a on nieznacznie nacisnął na przycisk zwalniający pocisk.
- Ah tak? Zabijesz mnie i co? - odezwałem się w końcu, chłopak drgnął nieznacznie zdając sobie sprawę, iż ma do czynienia z Ypsilo - Moja grupa znajdzie cię i wypruje z ciebie flaki. A tego chyba żadne z nas nie chce, prawda? Dlatego opuść ten swój śmieszny łuczek, bo tutaj, z dala od ludzi, stanowisz tylko górę chodzącego mięsa.
Moje słowa nie zdołały go przestraszyć w żaden sposób, ale co do jednego miałem słuszność - wokół nie było nikogo z jego ludzi, był tutaj zupełnie sam. Z wielką niechęcią opuścił broń, wciąż pozostając w pogotowiu na wypadek uczynienia przeze mnie jakiegoś nieczystego ruchu.
- Esylum... - wyszeptał bardziej do siebie, co i tak zdołałem usłyszeć.
Nie istniał żaden większy powód dla którego Esylum i Shanta pozostawało we wrogich relacjach: podejrzewałem, że chodzi o sam fakt podniesienia swoich szans na przetrwanie. Zupełnie nie rozumiałem co może przynieść im wyeliminowanie innych grup zamiast zawarcie z nimi sojuszu co znacznie ułatwiłoby życie. Ale może się myliłem?
- Co tutaj robisz? Szukasz śmierci z rąk Poparzeńców? - zdecydowałem się zapytać, ponieważ mój towarzysz również nie wydawał się zbyt rozmowny.
- Dlaczego miałbym się zwierzać komuś takiemu? - odparł niemal lekceważąco, a ja zaśmiałem się na tą nienawiść do mojej osoby, która wręcz się z niego wylewała.
- Nie dałoby się być milszym? Ułatwiłoby nam to względne znoszenie swojego towarzystwa.
Nieznajomy nie odpowiedział, toteż trwałem na swoim miejscu, czekając na jakąkolwiek reakcję z jego strony.
<Alex?>