niedziela, 28 stycznia 2018

Od Fragonii

    Zegar wybił już godzinę dwunastą. Odetchnęłam z ulgą na myśl, że to koniec. Wreszcie mogłam wyrwać się z tego gówna. Siedziałam tu bite dwadzieścia godzin i czterdzieści pięć minut z sekundami, więc nie marzyłam o niczym innym jak o powrocie do swojej siedziby. Żeby nie załapać się na jeszcze jeden, niechciany zabieg, postanowiłam wyjść tylnymi drzwiami, modląc się w duchu do Boga, który zesłał na nas tę zarazę, aby ten jeden raz się zlitował i pozwolił mi bez żadnych dodatkowych pacjentów wrócić do domu. Już za długo ludzie męczyli nas swoimi problemami. Na usta po tym wszystkim cisnęły się trzy słowa: "głupi, nieodpowiedzialny gatunek".
   Sama nie uważałam się wcale za lepszą osobę. Frago w końcu nigdy się nie wywyższała, ale byłoby to nie w jej stylu, gdyby nie skrytykowała zachowania ponad połowy osób w tym szpitalu. Cztery pogryzienia w jednym dniu. Oni sami proszą się o zagładę. Jeżeli z kolei myślą, że nagle staną się odporni na ugryzienia, lub magicznie wyrosną im skrzydła, żeby mogli pozostawić za sobą jedyny bezpieczny azyl i uciec, to już naprawdę jesteśmy straceni. Albo byli to po prostu samobójcy, którzy stracili rodziny i przez zmianę w mutanta planowali do nich dołączyć.
   Chociaż na samobójców raczej nie wyglądali. Już prędzej bym uwierzyła, że byli po prostu nieświadomi zagrożenia. W końcu to były całkiem młode osoby. Udało nam się uratować niestety tylko jedną. Reszta musiała zostać rozstrzelana, żeby i nas nie pogryzła. To była dla mnie codzienność. Ciągle ktoś umierał, a przez dumę odpornych, których nawiasem mówiąc nie znoszę, jedynie niewielka cząstka ludzi mogła jeszcze stąpać po ziemi. Żałuję, że sama nie urodziłam się jako jedna z nich. Moja krew mogłaby się na coś przydać, a tak zmuszona jestem patrzeć na śmierć niewinnych, głupich osób. Chociaż gdyby na tej ziemi nie było idiotów, nie byłoby też umysłów bystrych.
     - Zaczynam schrzanić głupoty. Hure! - wyjąkałam, zdejmując kitel i rzucając go do szafy.
   Z medyków obecnie wszyscy byli zajęci. Pracowali w pocie czoła, podczas gdy aspołeczna małolata marzyła o powrocie do domu i nie ważne, że w każdej chwili mogła być potrzebna. Jej umysł został zaśmiecony niepotrzebnymi narzekaniami pacjentów na swój los, oraz przeraźliwymi jękami ludzi, których już opanowała choroba. Nie znoszę patrzeć na cierpienia innych, ale na tym między innymi polega moja robota. Poza grzebaniem w żywych organizmach i ratowaniem nieodpornych, patrzę ciągle, jak umierają. Źle to wpływa na moją psychikę. Mam dopiero piętnaście lat, a ludzie wymagają ode mnie tak wiele... Nie mogę jednak się poddawać. Muszę walczyć. Choćby dla innych. Innych... Ale dla kogo konkretnie? Dla brata? Z Percy'm nie mam przecież dobrych kontaktów. On ma w dupie swoją siostrę i nie będzie przejmował się jej stanem...
  Ciekawe, czy chociaż w razie czego załatwi mi pogrzeb.
   - Calveite! - warknęłam do samej siebie - Cholera, weź się ogarnij. To nie miejsce i czas na to. Wrócisz do domu i dopiero wtedy...
   Nie potrafiłam jednak dokończyć wypowiedzi. Po policzkach spłynęły mi już pierwsze, słone łzy. Otarłam je delikatnie rękawem i wyszłam z placówki. Z jednej strony właśnie byłam tu tym mózgowcem, który uwielbia bawić się w krytykowanie zachowań swojego własnego gatunku. Z drugiej jednak strony bardzo pragnę nadrobić kiedyś to stracone dzieciństwo. Zamknęłabym się w domu na kilkanaście godzin i odpoczęła od tego natłoku. I tak też zamierzam zrobić.

Alex?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz