sobota, 10 lutego 2018

Od Hedy

 Wokół mnie panowała zupełna ciemność. Krople wody spadające z sufitu, które głośno uderzały o posadzkę, tworząc echo, nie pozwalały mi się skupić. Gryzłam się z własnymi myślami, wrzeszcząc w głowie, że potrzebuję snu. To jedyne, czego potrzebuję. Wyciągnęłam rękę w górę i złapałam w palce sznurek, po czym pociągnęłam go do siebie, sprawiając, że wisząca pod sufitem żarówka rozbłysła jasnym blaskiem. Ostatnio obowiązki stanowiły jedyny fundament moich dni. Brakło mi czasu na dalszą eksplorację terenów; na coś, co dawało ukojenie moim nerwom i oddzielało mnie od wszelkich formalności. Uświadomiłam sobie szybko, że cisza dookoła mnie zostaje stopniowo rozdzierana. Za drzwiami tupały ludzkie stopy i przeganiały one milczenie spomiędzy zimnych ścian jaskiń. Mimo wszystkich ukłuć nienawiści, wiedziałam, że nie znalazłabym lepszego miejsca, w którym mogłabym utrzymać bezpieczeństwo ludzi we własnych rękach. Coraz częściej jednak przyłapywałam się na tym, iż to na Pogorzelisku odczuwam prawdziwą wolność i swobodę.
   Dźwignęłam się na nogi i opuściłam skrzypiące, stare łóżko, które dotąd uginało się pod moim ciężarem. W półcieniu dostrzegłam mojego przyjaciela, spoczywającego na najwyższej półce, po czym rzuciłam mu znużone spojrzenie. Jak zwykle George nie miał mi zbyt wiele do powiedzenia – był cholerną czaszką. Odkąd znalazłam go pod ruinami monopolowego, towarzyszy mi bez przerwy, ukryty w niedużej, zaniedbanej odrobinę torbie.
   - Pakuj się. – Postąpiłam parę kroków do George'a i ruchem ręki zgarnęłam go do torby niżej. Wleciał tam bezwładnie. – Musiał być z ciebie przystojniak za życia.
   Zabrawszy manatki, wyszłam na korytarz, od którego biło te cudowne zimno w odróżnieniu od istnego paleniska, jakim jest świat na zewnątrz. Oprócz naturalnej opalenizny, nie nabawisz się tam niczego innego. Chyba że jakiegoś syfu od Poparzeńców. Przekręciłam głowę w kierunku źródła cichego tupania i przyłapałam gościa, którego imienia nie szczególnie pamiętałam. Na końcu długiego korytarza zatrzymała się jego sylwetka oświetlona lampą na baterie słoneczne – zatem mieliśmy ich od cholery!
   - Hej, ty tam… zapomniałam imienia. – Machnęłam ręką z niezbyt wyraźnym wyrazem twarzy. Skupił na mnie swoją cenną uwagę i szybko zrozumiał, że ma podejść bliżej.
   - Tak, pani Creswell? – rzucił mi przestraszone spojrzenie, próbujące ukryć się pod spuszczoną odrobinę głową. Czy ja jestem straszna?
   - Nie miałeś czasami amunicji do wykonania? Zamiast tego łazisz jak jakiś złodziej po korytarzach i budzisz innych… – Moja poważna twarz ujawniła się tylko po to, żeby po chwili zmienić się w krzywy uśmiech. – Staraj się poruszać trochę ciszej. Leć tam gdzie miałeś lecieć, tylko sobie nóg nie połam! – Klepnęłam przestraszonego nastolatka w ramię na odchodnym. Poczułam jak wzdryga się niczym krowa jadąca na rzeź.
   - Jasne. – Odwracał się powoli w przeciwnym kierunku, lecz nagły zryw z powrotem zwrócił go do mnie. – Przy wyjściu z Esylum powstały jakieś zamieszki. Dwóch biegaczy nie wróciło w odpowiedniej porze.
   Jego poważny wzrok zmusił mnie do westchnienia. Nie miałam ani chęci, ani ochoty na to, żeby rozwiązywać konflikty, aczkolwiek każdy lider potrafi się z tym doskonale kryć. Wyminęłam chłopaka sprawnym ruchem, ścierając się z jego ramieniem, i twardo ruszyłam przed siebie. Pokonałam niemający końca schemat rozległych korytarzy, jakby znając go na pamięć. Cieszyłam się zimnem, jakie oddawały kamienne ściany, tak długo jak tylko mogłam, gdyż spotkanie się ponownie z okropnym żarem budziło we mnie tylko zmęczenie. Stłumione w ostatnim tunelu głosy zaczynały zakłócać ciszę, mieszając się. Przed sobą ujrzałam parę dyskutujących osób, które nie zamierzały poprzestać na spokojnej rozmowie.
   - Hej, hej, hej. – Echo mojego głosu natychmiast przeszyło powietrze i rozbiegło się po całym korytarzu. Trzy powtórzenia tego słowa oznaczały nic innego, jak ostrzeżenie, a ten kto mnie znał, wiedział, że jestem konsekwentna. – Jak się kłócicie, to trzeba było mnie wcześniej zawołać. Dołączyłabym się. Lubię dyskutować.
   - Dwóch biegaczy miało być równą godzinę temu, a słońce zachodzi. W nocy jest najgorzej, wszyscy to wiemy… – odezwał się spanikowany blondyn, jego też nie kojarzyłam. W ślad za nim poszła drobna dziewczyna, Lana, tutejsza medyczka.
   - Musimy im pomóc!
   - Nie będziemy nikogo narażać, bo nocą w mieście kręcą się większe grupki tych sukinkotów niż za dnia. Wy poczekacie do rana, a ja przejdę się najwyżej sama – mówiłam tak, jakbym właśnie określiła pogodę na zewnątrz.
   Twarze tych paru ludzi kompletnie skamieniały. Jednakże ja nie czułam niczego innego jak nudną obojętność. Znajomość terenu w pełni podbudowywała moją pewność siebie i byłam przekonana, że tym razem zadzieje się coś, co zburzy moją rutynę. Gestem dłoni rozkazałam rozejść się zebranym, którzy natychmiast opuścili miejsce zgromadzenia. Zewsząd powrócił do mnie pozorny spokój, przygotowujący mnie do wypuszczenia się poza bezpieczną strefę. Poprawiłam torbę na ramieniu i bez żadnych zbędności powiodłam za ciepłą poświatą światła, wylewającą się z wyjścia na zewnątrz. Potem momentalnie pochłonął mnie żar zachodu słońca. Mimo coraz bardziej zbliżającej się nocy, temperatura nie spadała ani na chwilę, nie pozwalając nam uwolnić się od morderczych warunków. Strażnicy zamknęli po mnie bramę, będącą częścią potężnej barykady – bo przecież jakoś musieliśmy się bronić przed wtargnięciem Poparzeńców, a niezliczone ilości korytarzy nie zawsze będą przynosić nam szczęście.
   - George, gotowy trochę pobiegać po ruinach? – Uśmiechnęłam się sama do siebie i poklepałam bok torby, dokładnie wykrywając pod dłonią kształt twardej kości ciemieniowej. Z każdym krokiem coraz bardziej oddalałam się od bezpiecznej strefy, a moja skóra oraz ubranie skąpały się w ciepłych barwach zachodzącego słońca. Niebo, częściowo malowane odcieniami granatu, zwiastowało jeszcze bliższe nadejście nocy niż wcześniej. Miałam zatem mniej czasu na to, by znaleźć i biegaczy, i schronienie. Ale z drugiej strony oni głupi nie są. Wiedzą dobrze, że schronienie jest priorytetem.
   Minęło już znacznie więcej czasu. Wraz ze znikającymi ostatnimi promieniami słońca, moje poczucie bezpieczeństwa odpływało. Szukałam śladów, czegokolwiek, co naprowadziłoby mnie na szlak, którym podążali biegacze, ale na ustalonej trasie nie było nawet żadnych Poparzeńców. Noc objawiła mi się w zupełnie niespotykanej tutaj ciszy.
   Nagle cały spokój przerwał spadający ze sterty gruzu kamień, a za nim kolejne. Spojrzałam tam i poczułam jak zbiera się we mnie zdenerwowanie, gdy czarna sylwetka świsnęła mi niedaleko przed oczami.
   - Wyjdź, świrze. – Uniosłam głos, a moją twarz przeciął uśmiech, który pośród cieni nie mógł się odznaczać. Starałam się wyjąć pistolet z torby jak najciszej, ale odbezpieczenie go z pewnością narobiło hałasu. – Wyjdź, jeśli chcesz świeżego mięska!
   Cofnęłam się do tyłu. Potem jeszcze krok i natychmiast poczułam, jak coś ciężkiego blokuje mi drogę. Odwróciłam się w tamtym kierunku, spojrzałam w dół, a widok krwi błyszczącej w świetle księżyca odebrał mi resztki poczucia bezpieczeństwa. Szkarłatna ciecz zaścielała nieruchome zwłoki, leżące na wznak. Rozległe obrażenia nie pozwoliły mi nawet odróżnić części ciała od siebie. Byłam przekonana, że oczy nie znajdowały się w odpowiednim miejscu.
   Biegacz nie żył. Został jeden, który walczył o przetrwanie, a ja nie wiedziałam nawet gdzie.

Daiki?

środa, 7 lutego 2018

Od Daiki'ego - CD Luciusa

Zaśmiałem się pod nosem, wyobrażając sobie jak bierze mnie na ręce i ciska o ścianę ze znajdującym się na niej włochatym potworem, jak to sam określił. Jednak strach przed lustrami wydawał mi się już nieco bardziej uzasadniony, jako że sam za nimi nie przepadałem: nie lubiłem tego jak wyglądam.
Popatrzyłem na Luciusa w dalszym ciągu bawiącego się moimi włosami: przypominał małe dziecko, które właśnie dostało ulubioną zabawkę i nie może się od niej oderwać. Wzruszyłem ramionami, pozwalając mu na to i przymrużyłem oczy: jego dotyk pomagał mi oderwać myśli od grzmotów czających się na zewnątrz. W pewnej chwili zorientowałem się nawet, że w momencie gdy oddalał dłoń, bezwiednie podążałem za nią, by kontynuował.
- Podoba ci się to, prawda? - zapytał z rozbawieniem, nie przestając gładzić mnie po głowie - To niezwykłe jak taka niewinna rzecz może okiełznać bestię.
Otrząsając się z dziwnego transu, głos bruneta dotarł wreszcie do mojej świadomości: niczym poparzony odsunąłem się od niego na odległość ramion.
- Już dobrze, nie masz się czego wstydzić. - starał się mnie przekonać, widząc zakłopotanie na mojej twarzy - Każdy człowiek potrzebuje czasem odrobiny czułości, to normalne. Nawet takie bezuczuciowe głazy jak ty.
Nie odpowiedziałem nic, zwyczajnie poczułem ogromne zażenowanie swoim zachowaniem. Doświadczyłem czegoś zupełnie nowego: przyjemnego i nie poprzedzonego bólem, jednak nie chciałem okazywać swoich słabości.
Rennges zdał sobie sprawę, iż na razie dalsze starania nawiązania ze mną konwersacji spełzną na niczym. Ponownie zdjął swoją marynarkę z ramion, posługując się nią jako poduszką, po czym ułożył się wygodnie na ziemi zamykając oczy. Najwyraźniej uznał, że z mojej strony chwilowo nic mu nie grozi, więc pozwolił sobie na odrobinę nieuwagi. Niezbyt rozsądne zważając na fakt z kim się tutaj znajdował, ale chyba mogłem uznać, iż mi ufa. Postanowiłem potrzymać niezapowiedzianą wartę.

[...]

Nawet nie wiem kiedy odpłynąłem. Obudziłem się oparty o jedną ze ścian tuż obok drzwi wejściowych. Rozejrzałem się leniwie po pokoju: nie dostrzegłem nigdzie Luciusa, tylko jego marynarka wciąż leżała na swoim dawnym miejscu. Czym prędzej zerwałem się na nogi, mając w głowie najgorsze scenariusze wyjaśniające przyczynę jego nieobecności.
Wyszedł gdzieś? Na pewno nie, przecież nie zostawiłby mnie.
Może musiał iść za potrzebą? To też odpada, tak dużo czasu to nie zajmuje.
Przeszukałem całe pomieszczenie, również za schodami, ponieważ budynek miał jeszcze jedno piętro. Mógłbym zawołać go po imieniu, lecz tym sposobem zwabiłbym tutaj Poparzeńców, a dzisiaj wyjątkowo nie miałem ochoty na walkę. Wtem znajomy krzyk dotarł do moich uszu, dobiegając z góry niczym piorun z nieba, mrożąc mi krew w żyłach. Prawie przewracając się na stopniach, ujrzałem bruneta przygniecionego przez jednego z zarażonych, który z dziką furią starał się dosięgnąć szyję mojego towarzysza, głośno kłapiąc przy tym zębami. W sekundzie zalała mnie fala wściekłości, gdy zamknąłem dłoń na jego szmatach w żelaznym uścisku i jednym pewnym szarpnięciem oderwałem poczwarę od Renngesa. Brutalnie cisnąłem nią o ziemię, słysząc przy tym jak chrupią jej kości. Wydałem z siebie przeraźliwy ryk przypominający ich własny, na którego dźwięk Poparzeniec zaprzestał ataku wpatrując się we mnie swoimi martwymi, czarnymi ślepiami. Nie zdążył nawet poruszyć palcem, gdy podeszwa mojego buta z dziwacznym pluskiem rozgniotła mu głowę. Dla pewności wtarłem to wszystko z poniszczone panele wyścielające podłogę, na zakończenie spluwając na zwłoki.
Dopiero wtedy biorąc dwa głębokie oddechy które mnie uspokoiły, zdecydowałem odwrócić się w stronę Luciusa. Jego potargana, niegdyś biała koszula przesiąkała teraz krwią: przeniosłem spojrzenie na jego prawy obojczyk, z widniejącym na nim półksiężycu odbitych od ugryzienia zębów. Czym prędzej padłem na kolana obok chłopaka, obserwując powstałą ranę.
- Dziabnął cię. - stwierdziłem zrezygnowanym tonem - Przepraszam cię, Luciusie. To moja wina, że nie usłyszałem jak wchodzi do środka. Nie dotrzymałem swojej obietnicy. - spuściłem głowę, kierując zawiedzione spojrzenie ku dołowi.
Nie chciałem patrzeć mu w oczy. Miałem sobie za złe, że nie byłem dostatecznie uważny. Chciałem w jakiś sposób pomóc mu przetrwać, a teraz będę zmuszony patrzeć na jego przemianę. Dziwne uczucie rozczarowania szarpnęło moje serce, kiedy poczułem jego wzrok na sobie. Dłoń chłopaka spoczęła na moim ramieniu, ściskając go nieco. Uśmiechnął się lekko.
- Nic się nie stało, Daiki. Jestem odporny, więc ta rana nie powinna być dla mnie śmiertelna.
- Nieprawda! - strzepnąłem jego rękę i poderwałem się z klęczek - Przed tobą znałem trzech takich, którzy byli "odporni" na wirusa. A teraz szwendają się po świecie jako te ścierwa. - wskazałem na zwłoki na drugim końcu pokoju - Trzeba cię natychmiast stąd zabrać i odkazić ranę. W przeciwnym razie... - przerwałem, kiedy mój głos stał się dziwnie piskliwy, przesiąkając paniką.
Rennges przerwał moją przemowę: objął dłońmi moją twarz i przybliżył ją do siebie tak blisko, iż mogłem poczuć jego ciepły oddech owiewający moje policzki.
- Nic mi nie będzie, obiecuje. Złego diabli nie biorą, więc uspokój się proszę. Bardzo mi to teraz pomoże. - starał się, bym przyjął do wiadomości każde wymówione słowo.
Ton głosu miał poważny, nieco chłodny, jednak dziwnie uspokajający. Spojrzenie jego ciemnych oczu pochłaniało mnie niczym czarna dziura: wpatrując się w nie odnosiłem wrażenie, że czas się zatrzymał. Bezwiednie zerknąłem na jego zastygłe w bezruchu usta: przeleciało mi przez myśl jak to jest kogoś pocałować i czy właśnie takie uczucie towarzyszy człowiekowi przed nastaniem owej chwili. Zdawszy sobie sprawę, że prawie zadałem to pytanie na głos, zebrałem całą siłę woli i wreszcie oderwałem się od Renngesa. Tyle nowych przeżyć w ciągu jednego dnia najwyraźniej niezbyt dobrze mi służyło.
- Po prostu znajdźmy w mieście jakąś aptekę, trzeba to opatrzyć. - oznajmiłem odwracając się do niego plecami, by nie zauważył jak wielkie zakłopotanie pokryło moje oblicze. - Reszta zarażonych na pewno zdołała usłyszeć moje nawoływanie, a był to zew zwiastujący udane polowanie. Wkrótce zlecą się tutaj, by pożreć to ciało.
Bardzo ryzykowaliśmy wyprawą do centrum: z tego co mi wiadomo, nawet odpornych w zetknięciu z wirusem dopada bardzo wysoka gorączka, starająca się zwalczyć zakażenie. Nie miałem żadnej pewności czy cokolwiek uda nam się znaleźć, ale jeżeli nie spróbujemy, Lucius umrze wycieńczony gorączką, która uniemożliwi mu biegania oraz przemieszczanie się przez co stanie się łatwym łupem. Nie mogłem do tego dopuścić, miałem wobec niego dług wdzięczności: a jeżeli ktoś zdobył moją lojalność, byłem gotowy nawet zginąć, żeby osiągnąć cel.

<Lucius?>

Od Luciusa - CD Daiki'ego

Spojrzałem na niego zamglonym wzrokiem. Przez chwilą wyobraziłem sobie najgorsze możliwe wyglądy dla Ypsilo, przez co przeszły mnie dreszcze.
- Chciałem powiedzieć, że moja matka też zachorowała, ale była zbyt słaba. - chciałem dokończyć tamto zdanie, które przerwałem przez gulę w gardle. - Jednak przed śmiercią widziałem jak jej oczy wypadają z.. - wskazałem na twarz nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa - No z oczu. - dokończyłem w końcu nie wiedząc, jakiego słowa użyć. W końcu to nie jest normalne! - I z dziur zaczęła wypływać czarna maź. - zamknąłem oczy wzdrygając się. To jest ostatni obraz mojej matki, jaki zapamiętałem i który nie chcę mnie opuścić. To zabawne, jak wiele okropnych wspomnieć nie możemy zapomnieć, a te najpiękniejsze chwile ulatniają się w nie wiadomo jakim momencie. Otworzyłem oczy i spojrzałem na Daiki'ego, który uważnie mi się przyglądał.
- No ale racja, nie ma człowieka, który nie straciłby bliskiego przez pożogę - uśmiechnąłem się blado.
- Jaka była twoja matka? -
Odwróciłem głowę i spojrzałem w niewidzialny punkt. Była to najukochańsza osoba w moim życiu.
- Cudna - to słowo opisywało ją najlepiej. - Zawsze opanowana, która umiała postawić na swoim, ale niezwykle pomocna. No i zbyt opiekuńcza. - dodałem na koniec z cichym śmiechem przypominając sobie jej wzrok, kiedy znikałem na parę chwil bez jej wiedzy, albo kiedy wracałem zbyt późno. Te oczy zawsze mówiły jedno "Jak cię kiedyś złapię na szlajaniu się, gdzie nie powinieneś, osobiście cię spiorę."
- A twój ojciec? - zapytałem odwracając w jego kierunku wzrok. Chwilę milczał, aż w końcu wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia, co się z nim stało i gdzie może być. Może nie żyje, a może ukrywa się gdzieś - powoli pokiwałem głową.
- Ja swojego nie pamiętam. Też zachorował, miałem sześć lat, więc trudno mi było spamiętać chociażby jego twarz.
- Ja nie pamiętam matki przez wirusa. - na chwilę zamilkliśmy, kiedy piorun uderzył o dach budynku. Unieśliśmy głowy w przekonaniu, ze zaraz coś złego się stanie, ale on tylko się poruszył, trochę gruzu posypało się z sufitu i znowu wrócił do nieruchomej pozycji.
- Masz rodzeństwo? - zapytałem, gdy byłem pewny, ze góra nie zawali nam się na głowy. Znowu zamilkł, spojrzał w podłogę i zacisnął pięści.
- Miałem brata. Byliśmy ze sobą bardzo blisko, ale też umarł. - tylko ty powiedział. Pokiwałem głowę i przez chwilę się nie odzywałem.
- Też miałem, ale zniknął, nim się urodziłem. Matce kiedyś się wymsknęło, że uważa, iż go porwali. - Daiki spojrzał na mnie, ale ja tylko wzruszyłem ramionami.
Kolejne uderzenie, tym razem nie w dach, ale za drzwiami. Zatrzęsły się, ale mocno trzymał się w zawiasach. Ponownie zacząłem bawić się jego włosami. Biedak... żeby zachorować w swoje urodziny? To okropne! Czy ta choroba nie mogła sobie wybrać innego czasu? Albo innego wieku? Przecież utracenie wszystkiego w dniu urodzin... na samą myśl zaczynałem mu bardzo współczuć. A tym bardziej, ze wyzbył się wszelkich emocji. Mimo, iż przydaje się to w życiu, gdyż stajemy się silniejsi i odporniejsi na ból, to jednak życie bez radości, smutku, miłości... to tak, jakbyś był maszyną. Jesteś, bo jesteś, i tyle. A twoje życie jest okropnie nudne. Jestem ciekaw, czy gdyby nie cała ta apokalipsa, spotkałbym go. Jeśli tak, to pewnie nie siedzielibyśmy w przypadkowym budynku ze szczurami, czekając na koniec burzy, której pioruny dotykają samej ziemi, a... właśnie, co byśmy robili? Co za durne myślenie...
- Wiesz czego się boję? - zacząłem. Chłopak tylko mruknął, a ja zacząłem okręcać jego włos na swoim palcu. Były takie mięciutkie... - Luster - chłopak odwrócił w moją stronę głowę, ale nie puściłem go. Spojrzał na mnie zdziwiony i chyba nie dowierzał.
- Tak się da? - pokiwałem głową.
- Mam dziwne uczucie, że gdy podchodzę do lustra, zamiast swojego odbicia, zobaczę coś innego. Chociaż bardziej boje się tego, że moja odbicie zrobi coś, czego ja nie zrobiłem. Ale pająki i tak są gorsze. Gdybyś stał obok mnie, a zobaczyłbym to dziadostwo, pewnie bym tobą rzucił, byś go zgniótł.

<Daiki?>

Od Daiki'ego - CD Luciusa

Nie wiedziałem od czego zacząć, gdy zadawał mi kolejne pytania. Owszem, mogłem zamknąć temat i zabrać swoją historię do grobu. Ale czy jeszcze kiedykolwiek znajdzie się ktoś kto będzie chciał mnie wysłuchać? Ktoś komu będę mógł powiedzieć to co od lat ukrywałem tak starannie, że zacząłem brzydzić się uczuć?
Nigdy nie oczekiwałem, że ktoś się mną zainteresuje. A teraz? Siedzieliśmy uwięzieni w ledwo stojącym budynku służącym za liche schronienie. Lucius ani na chwilę nie przestawał bawić się moimi włosami, od czasu do czasu wplątywał w nie palce, by zebrać większą ich ilość. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem czyjegoś dotyku, nawet tak nikłego. Był jednak niezwykle kojący i uspokajał.
- Zaczęło się około dwóch lat temu. - zacząłem, próbując przypomnieć sobie niewyraźne wspomnienia - Wyprawiałem małe przyjęcie na swoje szesnaste urodziny. Gdy zaczęło się ściemniać, Poparzeńcy niepostrzeżenie przekroczyli najwyraźniej słabo strzeżone pogranicza bezpiecznej strefy. Jeden z nich rzucił się na mnie i ugryzł w ręke. - Uniosłem prawe przedramię, by pokazać mu wciąż widoczną bliznę po zębach - Gdybym wtedy instynktownie nie obronił twarzy, zapewne już bym jej nie miał.
Brunet słuchał z niezwykłym przejęciem, jego spojrzenie wręcz chłonęło moją postać, a uszy mój głos w miarę, gdy otrzymywał odpowiedź na wszystkie nurtujące go pytania. Przysunął się jeszcze bliżej, prawie we mnie wnikając: najwyraźniej chciał każde słowo usłyszeć wyraźnie.
- Zaraz po tym straciłem przytomność, a kiedy się obudziłem zrozumiałem czym się stałem. Ludzie przybyli na miejsce patrzyli na mnie z przerażeniem i obrzydzeniem. Nie próbowałem tłumaczyć, że to wciąż ja, a nie jeden z tych potworów, których tak bardzo się obawiają. Jednak nie dali mi dojść do słowa: nawet mój własny ojciec podniósł na mnie broń. - przerwałem na chwilę, ponieważ luka w pamięci dawała mi się we znaki. - Prowadziłem koczownicze życie aż do dzisiaj, jakiś czas temu postanowiłem dołączyć do Esylum: oni widzieli we mnie sprzymierzeńca, dostrzegli pozytywy płynące w posiadaniu w swoich szeregach osoby chorej. Nie miałem niczego do stracenia, więc zgodziłem się.
- Jakim sposobem dowiedziałeś się, że istnieje coś takiego jak amok? Zabiłeś przy tym kogoś ze swoich?
- Ze swoich na szczęście nie, bo posiadam umiejętność wyczuwania kiedy owy szał nadejdzie. Zazwyczaj tylko kilka sekund przed, lecz okazuje się to bezcenne, gdy to właśnie sekundy decydują o twoim przetrwaniu.
- Da się to w jakikolwiek sposób powstrzymać? No wiesz, żebym nie obawiał się zasnąć przy twoim boku.
- Absolutnej pewności nie mogę ci dać. - posłałem mu smutny uśmiech - Co prawda, już kilka razy udało mi się powstrzymać, jeżeli nie było to poprzedzone skrajnymi emocjami jak gniew czy ogromny głód lub pragnienie. Zresztą sam widziałeś.
Rennges szybko pokiwał głową w zrozumieniu, w jednej chwili przestał bawić się moimi włosami. Usiadł naprzeciwko, oplótł ręce wokół mojej szyi i oparł głowę o moje ramię.
- Może zabrzmi to głupio, ale współczuję ci. Nie wyobrażam sobie nie mieć nikogo, nie móc z nikim porozmawiać ani choćby się przytulić. To musi być naprawdę okropne.
- Samotność nie wybiera, poza tym zdążyłem się przyzwyczaić. Nie zdążyłem za to się przekonać czym jest prawdziwa miłość, dlatego udało mi się przetrwać. Również pojęcie przyjaciela dawno zniknęło z mojego słownika. Na tym świecie przy życiu nie pozostał już nikt dla mnie ważny, tak naprawdę żyję z dnia na dzień patrząc jak choroba zbiera kolejne żniwa.
Brunet bez słowa dziwnie zmarszczył brwi, po czym przygarnął do siebie moją dłoń. Od palców do nadgarstka skóra była normalna, później mięśnie pokrywały rękę aż do łokcia. Zaczął przejeżdżać palcami po każdej klamerce z osobna, jakby chcąc coś przez nie dojrzeć. Badał sytuację, a ja czułem, że szykuje się kolejne pytanie.
- Czy wszystkie Ypsilo mają takie same objawy choroby? W sensie, że skóra odchodzi im od ciała?
- Przez te dwa lata spotkałem tylko garstkę, wielu z nich zbyt pewnie czuła się w pobliżu ludzi, więc zostali rozstrzelani. Dlatego ja unikam większych miast w obawie przed podzieleniem ich losu. Muszę cię jednak zaskoczyć: u każdego choroba przebiega inaczej i mogę szczerze powiedzieć, że ze mną obeszła się nadzwyczaj łagodnie. Widywałem twarze tak zniekształcone, iż na samą myśl zbiera mi się na wymioty: okropne, powykręcane. Języki zwisały im z pysków, przerośnięte zęby nie mieściły się w szczęce i przebijały skórę na policzkach nadając zarażonemu wygląd zmutowanego dzika. Jeszcze innemu kończyny odpadały od korpusu lub wyrastały dodatkowe.
Kiedy skończyłem, brunet tylko zacisnął dłoń na materiale mojej koszulki. Odniosłem wrażenie jakby moje słowa sprawiały mu fizyczny ból, który starał się wytrzymać. Westchnąłem z ulgą kończąc opowieść, oparłem ręce na ziemi z zamiarem dźwignięcia się na nogi, lecz pewny chwyt towarzysza powstrzymał mnie od tego.
- Gdy zacząłem sobie to wszystko wyobrażać, zdałem sobie sprawę, że moja matka... - tutaj przerwał gwałtownie, jego ramiona zadrżały niespokojnie jakby zimny wiatr przeszył ciało Renngesa.
Nie zadawałem zbędnych pytań, domyśliłem się, że również i ona padła ofiarą Lecrimo. Położyłem dłoń na jego plecach i delikatnie przejechałem nią wzdłuż nich, chcąc dodać mu otuchy.
- Przykro mi to mówić, ale musisz się z tym pogodzić, Luciusie. Na tym świecie nie ma już ludzi, którzy nie przeżyli tragedii w postaci śmierci bliskiej osoby.
Ten chłopak coraz bardziej mnie zadziwiał: z jednej strony radosny i pomocny, z drugiej niezwykle wrażliwy: zupełnie nie pasował do teraźniejszego świata, nie zasłużył na los jaki go spotkał.
Ludzkie uczucia niewiele mnie obchodziły, ale on... on był inny. Potraktował mnie inaczej niż wszyscy inni dotychczas, a ja miałem swój honor.
- Może i ty zechcesz opowiedzieć mi nieco o sobie? Może dzięki temu zrobi ci się lepiej, poza tym... jeżeli już jesteśmy zdani na siebie to poznanie się nieco lepiej może potem okazać się bardzo przydatne. - próbowałem go przekonać, przemawiając doń łagodnym tonem.

<Lucius?>

poniedziałek, 5 lutego 2018

Od Luciusa - CD Daiki'ego

To była sekunda. Nie! Nawet krócej. To była tak miął jednostka czasu, że nawet nie dostrzegłem tego, iż wielki szok przeszedł po moim ciele, kiedy błyskawica walnęła tuż przede mną, a jej ładunki, które wylądowały w ziemi, przeszły na moje ciało, chociaż odleciałem na parę metrów do tyłu. Straciłem świadomość i czułem się jak we śnie, a dokładniej, to jakbym z zawiązanymi oczami pływał w wodzie pełnym węgorzy elektrycznych i każdy z nich dla zabawy trącał mnie ogonem, abym poczuł więcej. Nie mogłem się ruszyć, czułem się przywiązany do własnego ciała, a ładunki elektryczne ciągle dawały o sobie znać. Tak jakbym siedział w tych chmurach i każdy piorun najpierw przechodził przeze mnie, a potem dochodził na ziemię. Aż w końcu to okropne uczucie zaczynało słabnąć. Węgorzy było coraz mniej, uciekały, a liny, które trzymały mnie przy sobie, powoli puszczałem.
- O matko jedyna moja w niebie. - powiedziałem to szybko w ciągu sekundy i wstałem jak poparzony. Albo jakbym był maszyną i ktoś właśnie wcisnął guzik, po którym automatycznie podnosiłam się z ziemi i wypowiadałem jakże durną, szybką i niezrozumianą wypowiedź. Ładunki wyszły z mojego ciała pozostawiając po sobie jeszcze tiki, przez które gdy chciałem obejrzeć, gdzie leżę, wywoływały mocne machnięcie głową na boki. Złapałem się za kark, gdy poczułem chrupnięcie. Przekląłem. Tik przeniósł się na nogę.
- Nic ci nie jest? - usłyszałem znajomy głos. Kiedy cała adrenalina ze mnie zeszła, podniosłem głowę i spojrzałem na twarz z klamerkami. Lekko się uśmiechnąłem, ale zaraz ta mina mi zeszła, kiedy usłyszałem grzmoty i kolejne uderzenia piorunów. Wzdrygnąłem podwijając nogi.
- Gdzie jesteśmy? - zignorowałem jego pytanie. Mówiłem teraz szybko, jakby wstrząs dalej był ze mną. Nagle podszedł i usiadł obok.
- W jakimś budynku. Nie jestem pewny w jakim, ale jak na razie jesteśmy bezpieczni - odpowiedział spokojnie. Wziąłem dwa głębsze wdechy.
- A da się wyrzucić to "na razie?" - pokręcił głową.
- Nie mam pojęcia gdzie się podziali wszyscy Poparzeńcy - westchnął.
Wszystko było w tej chwili możliwe, ale dużego wyboru nie mieliśmy: siedzimy i czekamy na śmierć, wychodzi na spotkanie z nią, czy idziemy szukać jej w budynku. Najlepiej zapowiada się pierwsza opcja. Oparłem się o ścianę plecami i ponownie wziąłem grom powietrza.
- Jak się czujesz? - zapytał. Uniosłem powieki spoglądając na niego.
- Jakbym wpadł do wody pełnej węgorzy - delikatnie się uśmiechnąłem, na co skinął. Także się oparł o ścianę. - Czyli czekamy, aż przejdzie? - skinął głową.
Westchnąłem. Siedzieliśmy na początku w ciszy, która stawała się coraz bardziej drażniąca. Aż piszczała w moich uszach! Dlatego instynktownie przybliżyłem się Daiki'ego, usiadłem po turecku w jego stronę i zacząłem bawić się jego włosami. Ten raptownie się ruszył i zabrał głowę, odwracając się w moją stronę.
- Co ty robisz? - zapytał zdziwiony. Ponownie chwyciłem rękami jego włosy.
- To mój fetysz, nie mogę się powstrzymać - wymruczałem i zacząłem się nimi ponownie bawić. Daiki wyglądał na nie tylko zdziwionego, ale też na takie, który nie wie co zrobić z tym faktem. Ja za to z uśmiechem zacząłem zaplatać mu warkoczyki.
- Reagujesz podobnie jak Lilyana, ale ona to zawsze chce mnie zabić za ruszanie jej włosów, aż się nie przełamie - wspomniałem.
- Nikt się nie bawił moimi włosami. I nikt mnie nie dotykał - chciałem już zadać pytanie "ale jak to?!" ale na czas przypomniałem sobie kim jest i jak wygląda.
Rzeczywiście, niektórych to może odstraszać. Tak bardzo im współczuję... bo chociaż Ypsilo mają większe szanse na przeżycie i swobodę poruszania się po zakażonym świecie, nigdy nie zaznają czegoś takiego, jak szczęście, czy jakiekolwiek pozytywne emocje, nie licząc zabawy z rozszarpywania innych czy podobnych do tego upodobań. Nigdy ich nikt nie przytuli, nie usłyszą miłego słowa, nie zostaną zaproszeni na śniadanie, nie porozmawiają szczerze z nikim. Nie mają z kim, są zdani na siebie. Tak bardzo im współczuje. Tak bardzo szkoda mi Daiki'ego. Jak mógłbym go pocieszyć, nie wygadując niczego... niemiłego? Teraz pewnie bym palnął "w końcu wyglądasz jak Poparzeniec", ale tego nie zrobiłem. Pierwszy raz od paru lat nie powiedziałem tego, co mi ślina przyniosła na język. Zamiast tego plotłem mu warkoczyki, na krótkich włosach.
- Nikt praktycznie by po mnie nie wrócił. Raczej zostawił. W końcu Poparzeńcy biorą mnie za swojego - dodał.
- Jak zauważyłeś, ja jestem inny - położyłem mu rękę na ramieniu. - I musisz się przyzwyczaić, bo mi nie przeszkadza to, kim jesteś. To po prostu niefortunny przypadek, że wypadło na ciebie. Spójrz na to z tej strony. Byłeś silniejszy od innych i nie dałeś się zabić chorobie, a to nie jest łatwa rzecz - patrzyłem mu prosto w oczy chcąc, aby doszło do niego każde moje słowo, kiedy na zewnątrz burza dalej szalała. - Tak więc mogę cię uznać nawet za wzór siły - powiedziałem i się uśmiechnąłem. Wróciłem do plecenia warkoczyków. - Chociaż nie, tylko jednej rzeczy się boję. Twojego amoku. Da się go jakoś okiełznać? Czy zapanowuje nad tobą kiedy zechcę? No i... jak zostałeś Ypsilo?

<Daiki?>

Od Daiki'ego - CD Luciusa


Zbudziły mnie pierwsze promienie wschodzącego słońca, wdzierające się przez szpary zadbanych rolet. Zamrugałem kilkakrotnie, próbując zrozumieć swoje obecne położenie. Nie pamiętałem dokładnie co się wydarzyło, musiałem chyba zasnąć z wycieńczenia.
Czarną lukę natychmiast wypełniły niejasne wspomnienia wraz z przeczytaniem krótkiego liściku od Luciusa. A jednak wrócił... i uratował mnie mimo moich protestów. Nie potrafiłem ukryć uśmiechu malującego się na mojej twarzy: pierwszy raz jakiś człowiek zyskał mój szacunek. Dopiero dźwigając się z łóżka bolesna rana na lewej nodze odezwała się z pełną mocą - syknąłem, czując jak wręcz pali żywym ogniem.
Starałem się to zignorować i szybko usiadłem przy stole, biorąc w dłoń krwistoczerwone jabłko, które brunet zostawił mi w razie, gdybym zgłodniał. Od lat nie jadłem ludzkiego jedzenia, nie pamiętałem nawet jego smaku: a teraz słodkie, żółte wnętrze owocu doprowadziło mnie do małej, wewnętrznej euforii. Zadziwiające jak wiele mogą znaczyć tak małe rzeczy. Właśnie brałem się za jedną z kromek chleba, gdy mój spokój przerwał zgrzyt zasuwki maleńkiego okienka umieszczonego w drzwiach mniej więcej na wysokości oczu. Sekundę później znajome, ciemnoszare tęczówki pojawiły się we wnętrzu małego prostokąta - na mój widok od razu jakoś tajemniczo zabłysły. Dostrzegłem w nich ulgę oraz radość, zarażające mnie dokładnie tymi samymi uczuciami. Wiedziałem, iż przy nim mogę czuć się bezpieczny.
- Wszystko w porządku? Żyjesz? - zapytał, chcąc zapewne upewnić się co do mojego ludzkiego stanu psychicznego.
- Tak, bez obaw. Możesz wejść. - zaraz po wypowiedzianych słowach klucz w zamku wydał z siebie charakterystyczne skrzypnięcie, a drzwi otworzyły się.
Pozwoliłem, by Lucius się zbliżył: kiedy znajdował się już na wyciągnięcie ręki, podniosłem się z krzesła i przytuliłem go.
Nie wiem jakie uczucia wtedy mną kierowały, lecz czułem wdzięczność za uratowanie życia: owy gest wydawał mi się najrozsądniejszą formą podziękowania, jako że byłem raczej słaby w wysławianiu się. Chłopak z tego całego zdziwienia odwzajemnił uścisk - odsuwając się od niego na odległość ramion udało mi się ujrzeć jak bardzo jest zaskoczony.
- Nie zapomnę ci tego. - wyznałem krótko, mając świadomość iż niewielu ludzi odważyłoby się ratować życie kogoś kto może ich zabić.
- To nic takiego... - zaśmiał się Rennges, w zakłopotaniu drapiąc się po głowie - Zresztą każdy zrobiłby to samo na moim miejscu.
- Uwierz mi, nie wszyscy.

[...]

- Chcesz jeszcze kawy? - zapytał Kage siedzący w kuchni przy stole tuż naprzeciwko mnie, w rękach trzymając makinetkę.
- Pewnie, dzięki. - odparłem, pozwalając nalać sobie do szklanki drugą porcję brązowego napoju - Za to ty jak zaraz nie przystopujesz to ci serce stanie. - zwróciłem się do Renngesa łapiącego się już szóstej filiżanki, którą właśnie przystawiał do ust.
- No co? Na coś trzeba umrzeć. - starał się zażartować.
Lulu nie dotrzymywała nam towarzystwa: zamiast tego zdecydowała się zjeść śniadanie samotnie, w salonie, ponieważ strach o własne życie okazał się silniejszy. Jednak dopóki ten cały Alex nie miał z tym problemu to nie zamierzałem ustępować nikomu wyznaczonego mi miejsca.
- Co teraz zamierzasz? - grabarz spojrzał zaciekawiony na moją spokojną twarz, a padające na nią promienie słoneczne jedynie bardziej eksponowały wszystkie niedoskonałości.
Całe szczęście, udało mi się jako tako doprowadzić ją do porządku nim wyszedłem do ludzi.
- Szczerze to nie mam pojęcia. Jednak wydaje mi się, że czas już na mnie. - westchnąłem, po czym wstałem od stołu - Nie mogę dłużej tutaj zostać, a droga do Esylum jest dosyć długa i niełatwa. Powinienem ruszać zanim przez ciemności zgubię drogę.
- Odprowadzę cię trochę! - głos niemal natychmiast zabrał brunet, unosząc rękę do góry niczym uczeń zgłaszając się na lekcji.
- Będziemy się tak odprowadzać bez końca? - nie mogłem powstrzymać śmiechu - Lepiej zostań i oszczędzaj nogi, bo mogą ci się jeszcze kiedyś przydać.
- Pierdolenie o Szopenie. - machnął niedbale ręką - Mogę nawet biec, o ile oczywiście nadążysz. - puścił mi oczko, ale po sekundzie dodał - Razem to zaczęliśmy, więc razem skończymy.
Podziwiałem tego człowieka: rzecz jasna nie przez fakt, iż był niesamowicie uparty. Wykazał się nie lada odwagą nie bojąc się zaglądnąć śmierci w oczy oraz zaryzykować powrót do samego centrum uniwersum, aby mnie ocalić.
Nie chcąc się dłużej spierać, przyjąłem jego propozycję. Przez chwilę nawet poczułem się lepiej na myśl o towarzystwie innym niż Poparzeńcy.


Tym razem postanowiliśmy być nieco ostrożniejsi: postanowiliśmy ominąć serce metropolii i obejść ją samym krańcem miasta. W pobliżu znajdowały się jedynie małe budynki, dawniej będące osiedlowymi kioskami. O wiele łatwiej było wypatrzyć w nich ruchy potencjalnego rucha ukazujące się przez rozbite okiennice. Szliśmy dosyć żwawym krokiem, oszczędzając siły na szaleńczy bieg, jeśli owy okaże się niezbędny do uratowania naszych tyłków. W trakcie podróży nie rozmawialiśmy zbyt wiele: pozwalając sobie na taką pobłażliwość usypialiśmy czujność, a ja nie miałem ochoty na obserwowanie jak Oparzeńcy rozszarpują ciało Luciusa. On rozglądał się po prawej, ja natomiast po lewej.
- Jest jakoś tak spokojnie... za cicho, nie uważasz? - przemyślenia chłopaka w końcu wyszły z jego głowy w postaci słów. W odpowiedzi tylko wzruszyłem ramionami.
- Być może o tej porze dnia popadają w jakąś hibernację. Na mnie coś takiego nie oddziaływuje, dlatego ciężko stwierdzić.
Niestety na nasze nieszczęście tajemnicza nieobecność Zarażonych okazała się być spowodowana olbrzymią burzą, które znane były ze swojego bezszelestnego nadejścia. Tak było również tym razem: czarne, ciężkie chmury całkowicie przysłoniły gazowego olbrzyma, a zimny wiatr przeszył moje ciało, wywołując bardzo nieprzyjemny dreszcz. Dreszcz niepokoju. Szósty zmysł ponownie zadziałał i wręcz krzyczał w mojej głowie, że natychmiast trzeba się ukryć.
- Za mną! - krzyknąłem w pożerającym głos wietrze i łapiąc Renngesa za rękę brutalnie pociągnąłem go w stronę zabudowań, przez co o mało się nie przewrócił.
Dobiegaliśmy już do jednego z budynków, gdy nagle na tle nieba rozbłysł oślepiający piorun, trafiając w ziemię wprost pod nogi: siła uderzenia odrzuciła nas na pewną odległość od siebie. Podnosząc się z ziemi ujrzałem Luciusa leżącego bezwładnie kilka metrów dalej, ogłuszonego hałasem oraz siłą wyładowania elektrycznego. Ignorując niebezpieczeństwo, złapałem go pod pachy i zacząłem jak najprędzej ciągnąć go do wnętrza większego budynku.
Na pierwszy rzut oka wydawało się, że nie znajdują się w nim żadni nieproszeni lokatorzy, dzięki czemu mogłem skupić się na na wpół przytomnym brunecie. Miał zamknięte oczy, ale oddychał głęboko i płynnie, przez to odetchnąłem z wyraźną ulgą. Jedyne co mogłem teraz zrobić to czuwać nad nim dopóki się nie obudzi: a jeśli burza nie ustąpi za parę godzin, będziemy zmuszeni tutaj nocować, wystawiając na przemian warty.

<Lucius?>

Od Luciusa - CD Daiki'ego

Już dawno nie czułem się poddenerwowany. Musiałem go uderzyć w twarz (a ja niby jestem oceanem spokoju). Nie po ryzykuje życie z raną w nodze, aby go tu zostawić.
- Ludzie powinni sobie pomagać, niezależnie z której są grupy - mruknąłem i zacząłem go podnosić z ziemi. Nawet nie próbował mi pomóc, czułem się, jakbym próbowała zataszczyć trupa.
- Zauważ, ze nie jestem człowiekiem - mówił tym samym zmęczonym głosem z zamkniętymi oczami. W końcu udało mi się go postawić do pionu, trzymając za ubrania. Stanąłem przed nim plecami.
- Jesteś, tylko chorym na Lecrimo - skuliłem się i wziąłem go na plecy. - Chyba, że się taki urodziłeś, ale w to ci nie uwierzę - dodałem łapiąc go za uda, żeby mi nie spadł. Chyba nie chciał współpracować.
- Co ty robisz? - zapytał zdziwiony. Czułem, jak podnosi głowę. Zacząłem iść przed siebie bardzo powoli. Może w tej chwili nie wydawał się tak ogromnie ciężki, ale noga zaczynała mnie piec.
- Jak to co? - mówiłem przez zaciśnięte zęby. W końcu przyspieszyłem do normalnego chodu. - Sam nie chcesz iść, to cię tam zaniosę. I bez dyskusji, bo jak zaczniesz mi się wiercić, to na pewno nas zeżrą Poparzeńcy. Bynajmniej mnie - to tylko niecałe dwa kilometry. Dam radę. Muszę... Plusem tego, że leżał na moich plecach było to, że maskował mój zapach. Co jakiś czas trafialiśmy na grupkę zarażonych, którzy tylko patrzyli w naszą stronę i uważnie wciągały zapach do nosa. Przeszedłem do biegu, kiedy zauważyłem kraniec miasta. Chciałem jak najszybciej się znaleźć na pustyni, gdyż tam były o wiele mniejsze szanse, na spotkanie wroga. Daiki się nawet nie ruszał, a jego oddech stał się płynniejszy. Musiał zasnąć, gdyż nawet się nie odezwał, kiedy mu kazałem mnie objąć rękoma. Przez to musiałem się jeszcze bardziej schylić, aby mi się nie ześlizgnął.
Co ja tak właściwie robię? Ratuje Ypsilo, który nie zawaha się mnie zabić, gdy zajdzie potrzeba. Przecież ryzykuje swoje życie i nie tylko. Jaką mam gwarancję, że amok nie owładnie go podczas snu? Albo nawet w tej chwili? Zanosząc go do Shanty, ludzie mogą mnie znienawidzić. W końcu kto normalny przyprowadza chorego na Lecrimo do obozu? Najwidoczniej nie należę do tych normalnych, ale co mam zrobić? Zostawić go? Przecież będę miał go na sumieniu. Po za tym muszę się odwdzięczyć za dwie rzeczy: pomoc w odnalezieniu drogi i skrycie się pod jego zapachem przed Poparzeńcami. Tylko jak ja się wytłumaczę przed Alex'em? Gdyby nie zmęczenie, pewnie ogarnęłaby mnie panika.
Zamiast po piętnastu minutach, dotarłem do Shanty dobrą godzinę później. Noga dała się porządnie we znaki i w połowie drogi musiałem odpocząć. Daiki spał w najlepsze. Raz przeszło mi przez głowę, że zemdlał przez utratę krwi, ale ona już dawno skrzepła. Wniosłem go na statek i od razu przywitałem się z wystraszonymi i jednocześnie zdenerwowanymi spojrzeniami. Po chwili obok mnie stanął Dolar.
- Co ty masz na plecach? - zapytał zdziwiony.
- Pomóż mi go zanieść do Lilyany - wydusiłem z siebie. Zdjąłem Ypsilo z pleców, a Kage od razu go wziął na swoje plecy. Wyprostowałem się i odetchnąłem z ulgą. Zacząłem iść powoli za przyjacielem, aż nie dotarliśmy do laboratorium dziewczyny. Ona widząc nas, od razu krzyknęła, żebyśmy zabrali to coś.
- Lulu, to Ypsilo. Ma rozerwaną nogę. Pomóż mu - od razu usiadłem na wolnym krześle czując, jak plecy odmawiają mi posłuszeństwa. I chyba nie tylko one, ale i całe ciało.
- Za żadne skarby! Nie jestem odporna! Zarażę się! - zaczęła lamentować, a Kage położył go na ziemi.
- Też bym go nie dotknął - mruknął kolega pod nosem.
- Przestańcie. Gdyby nie on, utkwiłbym w Esylum, a potem Poparzeńcy by mnie zjedli. Jestem mu coś winien.
- Co ty robiłeś w Esylum?
- Zgubiłem się... - mruknąłem. - Lulu, proszę, pomóż mu - dziewczyna mierzyła mnie morderczym spojrzeniem, aż w końcu nałożyłam kitel i białe rękawiczki.
- Jeśli się zarażę to wiec, że ty będziesz moją pierwszą ofiarą - ostrzegła i wzięła się do działania.
- Też cię kocham - uśmiechnąłem się. Kage usiadł obok mnie i zaczął o wszystko wypytywać. Opowiedziałem mu wszystko od początku, pomijając fakt, że Daiki chciał mnie zabić. Wymyśliłem, że pierwszy się wydostałem, a chłopak musiał na mnie czekać, bo nie było innego wyjścia, jak pójść po linę. Po chwili drzwi otworzyły się gwałtownie, a do środka wszedł Alex.
- Co on tu robi? - wskazał na Ypsilo. - Zabierzcie go stąd natychmiast! - wstałem i od razu się skrzywiłem z bólu. Natychmiast zacząłem tłumaczyć mu zaistniałą sytuację.
- A co potem z nim zrobisz? - zaproponowałem, że zamknę go na klucz w swoim pokoju, a sam pójdę spać do Kage. Lider przez chwilę stał patrząc to na mnie, to na przyjaciela z tyłu i na leżące na ziemi Ypsilo.
- Ale jutro musi stąd zniknąć - wyszedł trzaskając drzwiami. Odetchnąłem z ulgą i wróciłem na krzesło.
- Jak ci idzie?
- Ohyda... - usłyszałem w jej głosie obrzydzenie. - Skóra mu odchodzi! - wręcz zapiszczała, kiedy wyjmowała z rany małe kawałki szkła. - Zrzygam się...
Daiki nawet się nie obudził. Lilyana zabandażowała mu nogę i ją pozszywała, aby skóra nie odchodziła. Kage był bardziej tolerancyjny (i tak samo jak ja odporny) dlatego bez żadnego "ale" wziął Ypsilo na plecy i zaniósł go do mojego pokoju. Położyliśmy go na materac, a ja wziąłem parę ubrań, aby mieć w czym spać o Dolara. Przed wyjściem napisałem jeszcze kartkę dla Daiki'ego i położyłem ją przy materacu.

"Jak coś, jesteś w moim pokoju. Drzwi są zamknięte na klucz, gdyby w nocy ogarnął cię amok. Z jadalni zwinąłem trochę chleba i owoców, leżą na stole, jakbyś był głodny. Jak wstanę, przyjdę po ciebie."

<Daiki?>

Od Daiki'ego - CD Luciusa

Wszystko co działo się później wydawało mi się niezbyt wyraźnym snem, wspomnieniem na krawędzi świadomości. Słyszałem przyśpieszony oddech Luciusa, jego szaleńczo bijące serce... i tą pochłaniającą mnie z każdą sekundą żądzę krwi. No tak... Lecrimo znowu dało o sobie znać.
Z kocią sprawnością pokonywałem kolejne stopnie ustawionych w wieżę schodów. Mój cel znajdował się już tak blisko, wręcz na wyciągnięcie dłoni. Wystarczy sięgnąć... przecież już raz się udało.
Ledwo zdołałem wyprostować rękę, gdy niespodziewanie chłopak wykonał dwa długie kroki do przodu, nabierając tym samym prędkości do skoku. Z chwilą, gdy odbił się od niestabilnego mebla, konstrukcja zachwiała się niebezpiecznie, po czym runęła razem ze mną w dół. Nic mnie przy tym nie zabolało, w sumie Ypsilo w amoku niewiele czuli, nawet jeśli miało to oznaczać ich powolną śmierć. Wraz z powracaniem zmysłów do normalnego stanu, udało mi się zorientować, iż moja noga została zmiażdżona przez stertę biurek: nie byłem w stanie jej wyciągnąć ani się ruszyć. Zostałem uwięziony.
Lucius zmył się przy pierwszej lepszej okazji. W odruchu złości uderzyłem pięścią o ziemię, wyklinając w myślach swoją naiwność. Jak w ogóle mogłem się łudzić, że człowiek okaże się pomocny i dobry? Chciałem dać komuś szansę po raz ostatni... i zapłaciłem za to najwyższą cenę. Łatwiej odebrać komuś życie niż zostać pozbawionym swojego własnego: ta świadomość napawała mnie lękiem, którego nie czułem od bardzo dawna. Poczułem czysty strach napędzany świadomością, iż wkrótce umrę. Nie pozostawało mi nic innego jak pogodzić się ze swoim losem tak jak dotychczas.
- Wygląda na to, że gra skończona, Daiki. - westchnąłem ze smutnym uśmiechem wkradającym się na usta. To powiedziawszy, rozluźniłem się i położyłem w wygodniej na ziemi, a pragnienie wciąż nieznośnie mi dokuczało.

[...]

Nie wiem ile czasu spędziłem w takiej pozycji, jednak wypływająca spod biurka mała kałuża czerwonego płynu dała mi do zrozumienia, iż to kwestia kilku godzin nim się wykrwawię. Zamknąłem oczy: nie chciałem tego widzieć.
Wtem głuchą ciszę przerwały ledwo wychwytywalne w powietrzu szmery, podobne do szumu popołudniowego wiatru. Jednakże ten dźwięk zdawał się narastać z każdą sekundą, a już po paru kolejnych moim oczom ukazała się znajoma sylwetka. Czyżby Lucius po mnie wrócił? Zdobyłem się na zadarcie głowy bardziej do góry, by móc się upewnić w swoich domysłach.
- Przyniosłem ci wodę. Nie wiem czy Ypsilo również muszą pić, ale masz. - starał się mówić półszeptem, a to oznajmiwszy zrzucił mi na dół butelkę wody, która niestety znajdowała się nieco poza moim zasięgiem. Próbowałem ją pochwycić, lecz okazała się być zbyt daleko.
- Jak już oznajmisz mi po ludzku, że nie zamierzasz mnie zabić to tam zejdę i Ci pomogę. - oznajmił, usadawiając się na krawędzi dziury.
Mrugnąłem trzy razy zanim dotarło do mnie znaczenie jego słów. Wyciągnąłem rękę do góry przed siebie jakbym chciał coś chwycić.
- Nie mogę się ruszyć. - rzekłem ochryple, ponieważ susza w gardle pozbawiła mnie naturalnej barwy głosu. Coraz bardziej opadałem też z sił.
- Zaraz spróbuję cię wyciągnąć.
Ponownie zamknąłem oczy, a kiedy je otworzyłem, Lucius już pochylał się nade mną.
- Ale mi tutaj nie umieraj. To byłoby trochę słabe. - klepnął mnie w policzek, by mnie trochę ocucić. - Słuchaj teraz uważnie: ja spróbuję podnieść to biurko, a ty postarasz się wyciągnąć nogę. Kiwnij jeżeli zrozumiałeś.
Zrobiłem o co poprosił. Przystąpiliśmy do działania: musieliśmy się śpieszyć, ponieważ zaczęło się ściemniać, a człowiek nie mogący dostrzec zagrożenia stawał się podwójnie bezbronny.
Usłyszałem jak Rennges po raz trzeci z rzędu wypuszcza powietrze nie świstem, wreszcie unosząc mebel o kilka centymetrów nad ziemię. Zebrałem resztki sił i pociągnąłem zmiażdżoną kończynę do siebie, dzięki czemu udało mi się ją uwolnić z pułapki.
- Dasz radę wejść po linie na górę? - mógłbym przysiąc, iż usłyszałem coś na kształt troski w głosie bruneta.
- Będzie ciężko, ale nie widzę innego wyjścia. - uśmiechnąłem się szczerze, chciałem już wyjść z tej ponurej dziury.
- Idź przodem, ja cię będę asekurował. - w tej samej chwili chyba sobie o czymś przypomniał, ponieważ zaczął szybko przeczesywać pomieszczenie. Wreszcie znalazł to czego szukał: podniósł z usianej kawałkami szkła podłogi swoją, teraz już nie tak czystą, marynarkę.
Skupiłem się na powierzonym mi zadaniu i zacząłem powoli wspinać się ku górze po linie, nie wiedząc nawet do czego jest przytwierdzona i czy wytrzyma mój ciężar. Ranna noga bardzo mi dokuczała we wspinaczce, a utrata sporej ilości krwi znacznie mnie osłabiła. Czasami czerń na krótki czas spowijał moje pole widzenia, jednak ja uparcie prułem do przodu aż w końcu udało mi się dosięgnąć krawędzi powierzchni i ujrzeć dobrze znane, pustynne równiny. Od razu padłem plecami na ciepły jeszcze piasek i odetchnąłem głęboko. To był mój limit, nie dam rady iść dalej. Lucius mógł mnie tu nawet zostawić, nie dbałem o to - byłem zbyt zmęczony, by wykonać chociażby jeszcze jeden mały krok.
- Ja dalej nie idę... - oznajmiłem oddychając ciężko, ale nie dane było mi dokończyć, bo Lucius wetknął mi do ust butelkę wody, a ja w odpowiedzi zacząłem łapczywie pić.
- Nie po to tutaj przychodziłem narażając życie i przy okazji cię ratując, żebyśmy teraz zginęli obaj. Shanta znajduje się 15 minut drogi stąd, moja znajoma mogłaby cię opatrzeć.
- Uważam, że członek Esylum w siedzibie wrogiej grupy nie będzie raczej mile widziany. Lepiej dla ciebie, jeśli zostawisz mnie tutaj. W najgorszym przypadku umrę, a w najlepszym jakoś uda mi się przeżyć i mnie nie zeżrą.
Z chwilą, gdy te słowa wyszły z moich ust, Lucius uderzył mnie w twarz. Na jego obliczu po raz pierwszy malował się gniew.

<Lucius?>

Od Alice

-Sora, co ty tutaj robisz?- przed mną pojawiła się twarz mojej zmarłej siostry, która posłała mi ciepły uśmiech. Poczułam jak po moich plecach przechodzą ciarki a źrenice diametralnie się zwężyły.
-Powinnaś umrzeć..- w moich uszach rozbrzmiał krzyk, który coraz bardziej opanowywał mój umysł. Tętno podskoczyło a moje ciało nie mogło się poruszyć. Jakbym w jednej chwili zamieniła się w żywa statuę, która jedynie mogła spoglądać na wszystko z boku. Bolało.. uczucie lekkości wypełniło mnie całą jakbym spadała w wieczna otchłań.
***
Nagle wybudziłam się z koszmaru nocnego leżąc jak placek na podłodze.
-Ugh..- mruknęłam niezadowolona i przekręciłam swoją głowę na drugą stronę. Na całe szczęście tutaj zawsze panował pół mrok, dzięki czemu moje oczy mogły spokojnie dojść do siebie po śnie. Powoli wstałam z chłodnej ziemi i usiadłam na łóżku. Czułam się jakbym właśnie przechodziła kaca giganta mimo, że wczoraj nie wypiłam za dużo.. Trzeba w czymś zatopić swe smutki. Każdy je ma, nawet liderzy którzy próbują udawać lodowate bestie.. Smutek, strach i złość towarzyszą wszystkim od początku. Dobra, dość tego rozmyślania Pani filozof. Wstałam i ubrałam się jak najszybciej mogłam. Jak zwykle towarzyszyły mi ciemne ubrania, chociaż ostatnimi czasem myślę nad załatwienie sobie stroju kamuflującego. Byłoby łatwiej się ukrywać przed tymi zombie.. Nie rozumiem, dlaczego Poparzeńcy? Kto to wymyślił? Nikt nie słyszał słowa ZOMBIE? Przecież ta nazwa jest łatwiejsza i tak jakoś łatwiej wpada w ucho. Zresztą.. czas wyruszyć. Założyłam na swoje plecy moje dziecko, tak karabin snajperski i ruszyłam ku wyjściu, w plecaku na amunicję miałam schowane trochę jedzenia na patrol.
-Haha, patrol czuję się niczym szeryf.- parsknęłam. Nie owijając w bawełnę, szybko wydostałam się na powierzchnię. Oczywiście, nie powinno się biegać samemu, ale te zasady? Kogo one tak naprawdę interesują?
-Łatwiej przeżyć w grupie.. a nie zginąć?- zapytałam sama siebie i wyszłam na pełne światło słoneczne. Moje oczy przyzwyczaiły się do okrutnych promieni słońca. Ah, nasza gwiazda dająca życie staje się powoli naszym końcem. Paradoks życia. Na moim ciele pojawiły się pierwsze krople potu.
-Czas na rozgrzewkę.- zaczęłam rozciąga każda partie mięśni. Potem kilka pajacyków, brzuszków no i oczywiście brzuszków ale tych męskich bo to nie czas i miejsce na damskie! Trzeba być mężczyzną! Gdy tylko poczułam, że moje ciało jest gotowe. Ruszyłam truchtem by zrobić standardowy patrol okolicy.
-Zero zombie, zombie, zoooombie..- mówiłam sama do siebie podczas biegu. Zatrzymałam się na chwilę by się napić i coś przekąsić.
-W sumie odkąd żyje w tunelach to wszystko stało się monotonne. Potrzebuję jakieś akcji..- wstałam z ziemi i rozejrzałam się. Dzisiaj sobie odpuszczę sprawdzanie innych miejsc, przecież nie ma żadnych zombie w tej okolicy już od dłuższego czasu. Poprawiłam swoją broń i ruszyłam w stronę miasta, które w oddali błyszczało.
-Tam na pewno znajdę coś ciekawego.- uśmiechnęłam się i dziarskim krokiem szłam przed siebie. O tak! Od razu moje samopoczucie podskoczyło w skali. Gdy coraz bardziej zbliżałam się do miasta, usłyszałam dziwne dźwięki. Znaczy się one nie były dziwne, bo dobrze je znałam. Horda Poparzeńców była 200 metrów przede mną. Stanęłam jak wryta, nie mogłam strzelać gdyż w pobliżu nie było żadnego wysokiego punktu na który mogłabym się wspiąć. Odwróciłam się na pięcie i zaczęłam biec, ah na moje nieszczęście zaczęli mnie gonić. Biegnij, Biegnij mała! Mówiłam sama do siebie i nawet nie miałam zamiaru się odwracać.. Nagle przed moimi oczami pojawił się stary wrak jakiegoś jachtu. Od razu wskoczyłam na pokład i wbiegł pod pokład, porządnie zamknęłam drzwi i usiadłam na ziemi głośno zipiąc.
-Uratowana..- westchnęłam z ulgą i rozejrzałam się dookoła. Niestety panowała całkowita ciemność, wszelakie małe okienka były szczelnie zasłonięte. Wyciągnęłam z torby latarkę i gdy ją włączyłam dostrzegłam istne Eldorado!!! Pod podkładem znajdował się nie tylko sprzęt, który mógłby się przydać. Ale także mnóstwo puszek z jedzeniem, win wszelakich rodzajów i słodyczy.
-Mogę umrzeć..- powiedziałam szczęśliwa a moje oczy świeciły z zachwycenia. To były tylko początek! DALEJ może być tego więcej. Jednak moje minuty szczęście zostały brutalnie zniszczone, gdy poczułam na swoim ramieniu dłoń!
-Byłem tutaj pierwszy.- usłyszałam zza pleców. Z moich ust wydobył się pisk przerażenia, a moje ciało odruchowo zareagowało. Najprawdopodobniej napastnik jest ode mnie wyższy, uformowałam pięść i podczas odwrotu uderzyłam z całej siły i kopnęłam dla pewności.
-Giń!- krzyknęłam.


Alex?

Nowa postać ~ Alice Lacroix!


KONTAKT|: Heks/avimia.mf@gmail.com

sobota, 3 lutego 2018

Od Luciusa - CD Daiki'ego

Nagle rzucił się na mnie z opętanym spojrzeniem, podrygując przy tym jak typowy Poparzeniec. Gdy tylko zobaczyłem jak jest blisko mnie, od razu wskoczyłem na szafkę. Ręką złapałem górnej części i się podciągnąłem, czując, jak Daiki wpada na szafkę z impetem. Cała konstrukcja zachwiała się, ale dalej utrzymywała się w pionie. Zacząłem się wspinać ku górze, a opętany Ypsilo za mną. Charczał przy ty i wydawał dziwne gardłowe odgłosy. Pełzł za mną utrzymując ciągle tą samą odległość, od moich stóp. Mocno chwytałem każdą ramę szafki, co jakiś czas wpadając na odłamki szkła na brzegach, przez co moje dłonie zaczęły krwawić. Dzięki adrenalinie nie poczułem bólu, byłem raczej bardziej zdeterminowany by dojść do końca, a potem... co? Prowizoryczna drabina nie była jeszcze gotowa, brakowało trochę na samej górze, aby sięgnąć do wyjścia, ale... Poczułem, jak Daiki chwyta moją nogę i mocno ciągnie w swoją stronę. Chwytając się mocno metalowego przedmiotu, zacząłem szamotać nogą, by mnie puścił. Mocno się trzymał, dlatego zostałem zmuszony kopnąć go prosto w twarz. Puścił mnie w końcu, ale nie spadł. Zawisł na jednej ręce, a po trzech sekundach, gdy doszedł do siebie, znowu zaczął się wspinać. Ja w tym czasie doszedłem do końca i stałem na chwiejnej budowie, która była bliska zawalenia. Spojrzałem w górę. Od trzech do pięciu metrów (w takich sytuacjach trudno jest dokładnie oszacować odległość) dzieliło mnie od wyjścia. Spojrzałem w dół. Daiki był już blisko, za chwilę złamie mnie ponownie za nogę, ale tym razem zrzuci. Nie myśląc długo, zaraz po tym, jak wyciągnął rękę, skoczyłem przed siebie, wyciągając jak najdalej ręce. Sądziłem, że wyląduje plackiem na ziemi, a Ypsilo rzuci się na mnie. Nawet nic nie zrobię, po uderzeniu w twardą powierzchnie. Ale sprawy potoczyły się inaczej. Udało mi się chwycić krawędzi i zacisnąć palce na czymś metalowym. Z tyłu mnie usłyszałem, jak wszystkie szafki się wywracają i lecą w dół, a wraz z nimi Daiki. Podciągnąłem się do góry myśląc, że się zabił, ale Ypsilo są zbyt wytrzymałe. Prawda?
Usiadłem na ziemi i nim pozwoliłem sobie odpocząć, rozejrzałem się. W pobliżu nie było żadnego zagrożenia, bynajmniej w tej chwili. Spojrzałem w dół, do dziury, w której wylądowaliśmy. Nigdzie nie widziałem chłopaka, musiał leżeć pod meblami. Poczułem się za to odpowiedzialny i chciałem do niego już zejść, ale nie miałem pewności, czy nie będzie chciał mnie znowu spróbować zabić. Wziąłem parę głębszych wdechów i po dwóch minutach wstałem i zacząłem biec w kierunku Shanty. Pozostały mi niecałe dwa kilometry, ale przez krwawiącą nogę (przez adrenalinę dalej nie odczuwałem bólu) mój bieg był utrudniony. Normalnie dobiegł bym do statku w ciągu dziesięciu czy piętnastu minut, a w mojej obecnej sytuacji droga zajęła mi dobre pół godziny, jeśli nie więcej. Przeszkodą nie była tylko noga, która zaczynała mnie cholernie boleć, ale wykończenie i upał. Kiedy dotarłem do domu, natychmiast rzucić się po coś do picia.
- Ty bęcwale! - usłyszałem zdenerwowany głos Lulu.
Spojrzałem w jej stronę. Patrzyła na mnie gniewnym wzrokiem.
- Gdzie ty się szlajałeś?! - wykrzyczała, zwracając na nas uwagę większości znajdując się w jadalni. - Masz tu siedzieć i się nigdzie nie ruszać - rozkazała i szybko wybiegła z pomieszczenia.
Wypiłem kolejny łyk wody, chwytając wolną butelkę. Położyłem ją na kolanach, czekając na Lilyan'e. Po chwili zobaczyłem Dolara, który usiadł obok mnie.
- Lucy, gdzie cię złapały? - zapytał wskazując na nogę. - No i gdzieś ty był? Miałem wrócić za godzinę, a cię nie ma od rana - spojrzał na mnie gniewnym wzrokiem.
- Spokojnie, to nic takiego. Po za tym Lulu już widziała - uśmiechnąłem się, co odwzajemniła.
Lilyana była taką kobietą, która gdy widziała jakąkolwiek ranę, natychmiast wariowała i szła po cała apteczkę. - Po za tym nie mam zbytnio czasu.
- Bo?
- Muszę komuś pomóc - jego wzrok nakazywał, abym wszystko mu wytłumaczył. - Wrócę, to dowiesz się wszystkiego - położyłem mu dłoń na ramieniu. Westchnął i przytaknął.
- Tylko wróć w jednym kawałku.
Lulu wróciła po dwóch minutach, czerwona na twarzy. Nigdy nie lubiła biegać i miała słabą formę, dlatego nawet zwykły truchcik ją wykańczał. Zwaliła Dolara z krzesła i na nim usiadła, podnosząc moją nogę i kładąc ją sobie na kolanach. Syknąłem cicho. Zawinęła spodnie, stwierdziła, ze jestem nieodpowiedzialny i zaczęła mi czyścić ranę. Ktoś ją upomniał, że tego nie robi się w miejscu, gdzie jest jedzenie, ale ona go tylko spławiła ręką twierdząc, że to zwykłe skaleczenie i wróciła do pracy. Oczyściła ranę i zawinęła mi ją bandażem, a ja ciągle się zastanawiałem, co zrobi Daiki (jeśli żyje) pod stertą szafek. No i czy próbuje się stamtąd wydostać...
- Dzięki kochana - przytuliłem ją wąchając jej włosy, na co walnęła mnie w łeb. - Będę później - powiedziałem szybko i się odwróciłem.
- Gdzie ty znowu leziesz?! - nie otrzymała odpowiedzi.
Z magazynu zwinąłem gruby sznur i pobiegłem z powrotem do miasta. Rana dawała się we znaki, ale po zaciśnięciu zębów, na pewno dobiegłem tam szybciej, niż wracałem. Robiło się coraz ciemniej, a ja niestety nie miałem na sobie bluzy Daiki'ego, która może by mnie uratowała przed Poparzeńcami. Chociaż... prędzej by chyba przesiąkła moim i innych ludzi wonią, niż jeszcze by nadawała się do takiej obrony. Gdy zobaczyłem pierwsze budynki, nawiedził mnie strach, a serce zaczęło bić szybciej. Przecież jak trafię na chociażby mała grupkę ich, nie zdążę uciec. Chyba, że adrenalina ponownie zabierze ze sobą ból, ale czy mam to zagwarantowane? Starałem się nie zrobić żadnego hałasu i ciągle obserwowałem teren. W oddali rzuciły mi się sylwetki, które powoli kroczyły w przeciwną stronę. Gdy jeden z nich odwrócił się w moim kierunku, schowałem się za ścianą modląc się o szczęście. Najpierw o wiele szczęścia. Gdy się ponownie wychyliłem, odeszli w swoją stronę. Ja ruszyłem w przeciwną, aż nie natrafiłem na dziurę w ziemi. Dzielnica była pusta. Kleknąłem i zawisłem głową nad dziurą.
- Daiki, żyjesz? - powiedziałem szeptem, starając się, aby głos mógł usłyszeć tylko ten na dole, a nie cała horda na górze. Dostrzegłem jakiś ruch pod ścianą. - Daiki, to ty? - po chwili jego głowa wyszła z ciemności, a ostatnie promienie światła ukazały mi twarz Ypsilo, ale nieco inną... musiał pogubić klamerki. - Trzymaj wodę. Nie wiem, czy ją pijecie, ale masz - rzuciłem mu butelkę, którą wcześniej zwinąłem z jadalni. - I jak dasz mi po ludzku zdać, że już nie chce mnie zabić, to ci rzucą linę. Tylko się pospiesz - podniosłem głowę i się rozejrzałem. Na razie pustka, ale miałem złe przeczucia. Wyprawa o tej porze do uniewersum jest bardzo, ale to bardzo bardzo złym pomysłem.

<Daiki?>

Od Daiki'ego - CD Luciusa

Ból głowy nieznośnie rozsadzał mi czaszkę, gdy wreszcie powróciłem do świata żywych, a przed sobą ujrzałem twarz Luciusa. Obrzuciłem chłopaka zamglonym, na wpół przytomnym spojrzeniem z kryjącym się w nich pytaniem.
- Gdzie... Gdzie jestem? - wyjąkałem, lekko unosząc się do pozycji siedzącej.
- Nieźle zaryłeś o ziemię. - stwierdził brunet, wskazując na zakrzepniętą już ranę z tyłu mojej głowy - Normalnego człowieka już dawno by to zabiło. - Przez chwilę milczał, by dodać - Przez ten czas, kiedy sobie spałeś, starałem się znaleźć jakieś wyjście.
Nie czekając na dalsze wytłumaczenia, rozejrzałem się wokół - ukazała mi się sceneria niczym z piekła: wszędzie panował bałagan, zniszczone przedmioty walały się po podłodze. Byliśmy w dawno opuszczonym laboratorium, które teraz równie dobrze mogło nam posłużyć za grobowiec.
Podjąłem próbę dźwignięcia się na nogi czego natychmiast pożałowałem z chwilą, gdy kończyny chwilowo odmówiły mi posłuszeństwa z powodu karuzeli w głowie. Zachwiałem się niebezpiecznie do tyłu i jedynie silny chwyt Luciusa powstrzymał mnie od ponownego uderzenia o ziemię. Odruchowo objął mnie i przycisnął do siebie, tym samym zapewniając mi stabilność oraz utrzymując moje ciało w pionie.
Wciąż byłem nieco otumaniony, w przeciwnym razie odepchnąłbym go od siebie i najpewniej zwyzywał, by się nie zbliżał. Jednak teraz byłem mu wdzięczny.
- Już dobrze, możesz puścić. - oznajmiłem, odzyskując trzeźwość umysłu po dwóch uderzeniach serca.
Usłuchał, spełniając moją prośbę. Przez krótką chwilę pomyślałem nawet, że mogę mu zaufać, lecz szybko odrzuciłem ową naiwną myśl. Skąd mogłem wiedzieć czy jak już stąd nie wyjdziemy, on nagle ukaże swoje inne oblicze i zabije mnie? Do ludzi trzeba podchodzić z dystansem, nauczył mnie tego zdrowy rozsądek i lata włóczenia się po świecie okrytym pożogą.
- Wypadałoby opuścić nasze nowe lokum przed zmrokiem. - Rennges uniósł głowę w stronę nieba, mrużąc przy tym oczy - Zostało nam może z parę godzin zanim zapadną całkowite ciemności. Chyba, że widzisz w nocy.
- A wyglądam ci na hybrydę kota? - zapytałem kpiąco, ruchem ręki prezentując swoją sylwetkę. - Poza tym nie myśl, że puszczę ci płazem majstrowanie przy mojej twarzy.
- Skąd ty... - Lucius w ostatniej chwili powstrzymał się przed zadaniem pytania.
- Jedna z klamerek leży zaraz obok twojej marynarki służącej mi za poduszkę. - wskazałem zgubę palcem, po czym schyliłem się, by ją podnieść. - Można je rozpiąć jedynie za pomocą małego przycisku, same z siebie nigdy się nie odpinają.
Chłopak próbował coś powiedzieć, jednak wciąłem mu się w słowo - Jeżeli nie poskromisz swojej ciekawości, ona cię kiedyś zgubi. I nie mówię tego, by cię nastraszyć, lecz żeby w jakiś sposób ochronić twój nierozsądny tyłek.
Pokiwał nieznacznie głową, przyjmując do wiadomości co właśnie powiedziałem. Traciliśmy cenny czas na niepotrzebne rozmowy zamiast jak najszybciej znaleźć wyjście, dotrzeć na tereny Shanty i rozdzielić nasze drogi raz na zawsze. Póki co było mi nawet trochę żal skazywać na śmierć tego niewinnie zachowującego się młodzieńca, chociaż jego dociekliwość zaczęła wyraźnie działać mi na nerwy.
- Jakieś propozycje? - rzuciłem jakby od niechcenia w stronę towarzysza, a on nagle ożywił się.
- Pomyślałem o zebraniu wszystkich mebli w jedno miejsce i ustawienie ich w coś na kształt schodów. Ewentualnie możemy spróbować wyważyć te drzwi bez klamki. - wskazał ruchem głowy jeden z ciemnych zakątków pomieszczenia - Ani drgnęły, kiedy sprzedałem im porządnego kopniaka.
- Skorzystajmy więc z pierwszej opcji. Jeżeli nie wypali, zastanowimy się nad nimi. - zaproponowałem, na co Lucius przystał bez zbędnego marudzenia.
Zresztą nie mieliśmy żadnej innej możliwości działając we dwóch. Nie mogliśmy wezwać pomocy z zewnątrz, która mogłaby po prostu rzucić nam linę.
Czym prędzej przystąpiliśmy do przygotowań - przenieśliśmy wszystko nadające się na zbudowanie z nich małej góry dzięki której będziemy mogli się wydostać. Parę razy z rzędu musieliśmy przerywać, by odetchnąć z powodu bezlitosnego upału.

[...]

Po dłuższym czasie praca zbliżała się już ku końcowi, wówczas okropne pragnienie dało o sobie znać ze zdwojoną siłą. Jedynym dostępnym płynem nadającym się do spożycia i mogącym ukoić suchość w gardle była... krew. Krew Luciusa. Na ułamek sekundy dopadła mnie niepohamowana chęć, by wgryźć się w jego szyję i dobrać się do tego czego tak bardzo teraz potrzebowałem.
- Daiki, co z tobą? - spytał zdziwiony, gdy niesione przez nas biurko nagle uderzyło z hukiem o podłogę, kiedy je puściłem.
Zakryłem twarz dłońmi, starając się opanować nadchodzący wielkimi krokami amok. Kurwa, dlaczego akurat w tej chwili? Skrajne odczucia jedynie potęgowały coś w rodzaju aury, podobną do tej co czują epileptycy przed atakiem padaczki.
- Uciekaj... - zdołałem wydobyć z siebie, zanim odebrało mi głos.
Tym razem niestety nie potrafiłem dłużej oprzeć się chorobie i pozwoliłem, by przejęła nade mną kontrolę. W sekundzie ludzki głos zastąpiły potworne pomrukiwania i gardłowe odgłosy. Ludzkie, płynne ruchy zastąpiły nagłe zrywy typowe dla normalnych Poparzeńców. Odwróciłem gwałtownie głowę w stronę Luciusa, powoli wycofującego się w stronę zbudowanych przez nas, prowizorycznych schodów. Obrzuciłem go pełnym szaleństwa spojrzeniem, oczy zabłysnęły dziką żądzą istoty szykującej się na upolowanie swojej ofiary. Niczym strzała wystrzelona z łuku, z pełną prędkością rzuciłem się w stronę Lucy.

<Lucius?>

Od Luciusa - C.D Daiki'ego

Plotki kłamią. Ypsilo wcale nie musi być krwiożerczym potworem, który podaje się za człowieka. Wcale nie musi przekleństwa używać jako przecinka, by się wyrazić. I wcale nie porzuca swoich kamratów dla własnej zabawy. Bynajmniej nie ten osobnik. On nawet bez proszenia stwierdził, że mnie odprowadzi. I to jeszcze pod samą Shante! Mi głównie na początku po głowie chodziło, aby wydostać się z tuneli, a potem jakoś bym sobie poradził (lub nie). Na dodatek był całkowicie szczery, nie ukrywał, że jeśli amok nad nim zapanuje, może mnie zabić. Powiem, była to rzecz nieco przeszkadzająca. W końcu możesz nawet nie zdążyć się odwrócić, kiedy twojego znajomego owładnie pożądanie choroby. Ale czułem się po części bezpieczny z tego względu, że dzięki jego zapachowi żaden z poparzeńców mnie nie ruszył. Właśnie... tak bardzo miałem ochotę wybuchnąć śmiechem, kiedy już przeszliśmy przez tłum potworów. Bawiła mnie jednocześnie ich głupota (ale czego można się spodziewać po zombie?) i sam fakt, że zrobiłem coś, na co nigdy by mi nie starczyło odwagi. To dlaczego teraz się ruszyłem, skoro byłem tchórzem? Chyba przez adrenalinę. Najpierw spotykam kogoś, kto powinien mnie zabić - ekscytacja rośnie - a potem stajemy przed tłumem stworów - ekscytacja zamienia się w adrenalinę. W końcu kto o normalnych zmysłach wszedłby w taki tłum? Nikt, tym bardziej, że nawet by nie zdążył. Od razu by go rozszarpały.
Zaproponowałem trucht, głównie dlatego, że chciałem się bardziej poruszać, a to, żeby szybciej wrócić do siebie było raczej wymówką. Niefortunnie wpadliśmy do jakiejś dziury, skrytej pod piaskiem, kiedy jakaś płyta się odsunęła. Spadliśmy w dół na dobre parę metrów. Starałem się ukryć głowę w ramionach, dzięki czemu po uderzeniu o metalowe podłoże nie straciłem przytomności. Nabiłem jedynie siniaki na łokciach, nie licząc nóg i brzucha. Chwilę tak leżałem na ziemi, aż w mojej głowie przestało się kręcić. Powoli uniosłem głowę i przymrużyłem oczy, by móc cokolwiek zobaczyć. Gdy mój wzrok przyzwyczaił się do półmroku, stwierdziłem, że musieliśmy znajdować się w jakimś starym laboratorium. Po czy to poznałem? Zbyt wiele razy siedziałem z Lulu w takim miejscu i obserwowałem jak bada krew innych. Jej pomieszczenie bardzo przypominało te do którego wpadłem: na ziemi leżały rożne przyrządy, na półkach i stolikach znajdowało się w większości rozbite w szkło, nie licząc podłogi (jak dobrze mieć buty). Było tu bardzo wiele szklanych szafek, gdzie większość leżała na ziemi, a ściany był oblepione jakąś dziwną mazią. Podniosłem się i starałem dostrzec zarysy jakiejkolwiek postaci. Może to czyjeś prywatne pomieszczenie? Co ja wygaduje... żaden naukowiec nie poświęciłby chwili w tym miejscu, prędzej... pożoga i jej nosiciele. Momentalnie obszedł mnie strach, że za chwilę paręnastu wyskoczy z ciemności rzucą się na mnie, ale zaraz przestałem o tym myśleć, gdy zauważyłem parę metrów przed sobą leżącą przy ścianie postać. Była odwrócona do mnie przodem, więc bez problemu rozpoznałem Daiki'ego. Szybko do niego podbiegłem. Miał zamknięte oczy i się nie ruszał, ale jego klatka piersiowa się poruszała. Odetchnąłem z ulgą stwierdzając, że jest tylko nieprzytomny. Zdjąłem marynarkę obwiązaną wokół bioder, złożyłem ją i położyłem pod głową chłopaka. To było raczej przyzwyczajenie, zawsze bym to zrobił, nie ważne, jak to głupio będzie wyglądać z perspektywy leżącego. Po za tym... zawsze wygodniej.
Przeszedłem na środek pomieszczenia i spojrzałem w górę, mrużąc oczy, kiedy słońce zaczęło mnie razić. Oszacowałem mniej więcej ile metrów dzieli nas od wyjścia i zacząłem się po raz drugi rozglądając po laboratorium. Jestem mistrzem durnych pomysłów, dlatego: może znajdą tutaj drabinę? A może zacząć krzyczeć i poczekać, aż ktoś przyjdzie z pomocą, jeśli to nie będzie Poparzeniec? Mogę też uformować schody z szafek, co w sumie byłoby bardzo ciekawe. Chciałbym umieć wspiąć się po płaskiej ścianie, w tej chwili to by się bardzo przydało. Westchnąłem i zacząłem krążyć wokół mebli, starając się unikać szkła na posłodzę i innych ostrych przyrządów. Zauważyłem w jednej ze ścian drzwi, ale klamki do nich nie było. Od razu chciałem je wyważyć, ale zacząłem pytać samego siebie, czy po drugiej stronie nie ma nikogo nieproszonego. To mnie zatrzymało. Ale gdyby był, huk osuwającego się metalu i upadek dwojga ludzi raczej by zbudził tego kogoś i do nas przyprowadził. Chyba, że czeka... Nie...
Podszedłem do drzwi i je pchnąłem, ale na moje nieszczęście były zamknięte. Kiedy w nie uderzyłem, nawet nie drgnęły. Zrezygnowałem po trzecim kopnięciu i wróciłem do Daiki'ego. Usiadłem obok i zacząłem mu się przyglądać. Nagle nawiedził mnie okropny pomysł... ale pokusa była zbyt silna. Zacząłem dotykać jego klamerek, które były przyczepione do skóry. Zastanawiałem się, po co mu one, dlatego jedną odpiąłem. Nagle kawałek jego skóry odchylił się od ciała, ukazują mięśnie pod spodem. Ohyda. I WOW. Wpatrzyłem się w niego zahipnotyzowany i zacząłem odpinać kolejne, aż na jego twarzy nie została ani jedna. Wyglądał okropnie, z taką skórą, która odchodziła od jego ciała. Poruszył się, a ja szybko powpinałem mu z powrotem klamry, starając się, aby wszystkie były na swoim miejscu, ale niestety jedna została. Dokładnie oglądałem jego twarz, w poszukiwaniu tego jednego miejsca, aż w końcu odnalazłem kawałek odchodzącej skóry na policzku. Odsunąłem jedną klamrę w bok i przypiąłem drugą. Od razu wstałem, kiedy mruknął coś pod nosem. W końcu otworzy oczy, a mi przeszło przez głowę, że mnie zabije. Tak, zabije mnie z zimną krwią za to, że popsułem mu twarz. Znaczy... to nie jest dobre określenie. No to może: "Tak, zabije mnie z zimną krwią za to, że bawiłem się jego klamrami!". To jednak brzmi zbyt dziwnie.

<Daiki?>

Od Alexa - C.D Daiki'ego

Rozejrzawszy się dookoła próbowałem zakodować w umyśle słowa Ypsilo. Jak na razie nie widać potencjalnego zagrożenia i też nie zapowiadało się, by któryś z poparzeńców zamierzał nas odwiedzić. Zielone oczy wlepiłem w prostą drogę, która rozpościerała się przed nami. Wydawało się jakby nie miała końca. Przecież te pokraki nie poruszają się z prędkością światła niczym Szybcior z Bet10'a, więc co za kit on mi tutaj wciskał? Zerknąwszy znów na tego brzydala, który jak gdyby czekał na jakąkolwiek reakcję z mojej strony, zmarszczyłem czoło i nieco obniżyłem brodę zakrywając tym samym swoje oczy.
-Opuszczasz gardę? Nie boisz się, że Cię zjem? - burknął coś cicho, jednak na tyle wyraźnie, by wszystko udało mi się zrozumieć. Mimo normalnego tonu, poczułem w tej wypowiedzi lekką kpinę z mojej przesadnej ostrożności. Co jak co, ale Ypsilo również zaliczały się tutaj do ludzi 'zarażonych' i nawet jeśli w jakimś stopniu zachowywali oni swoje człowieczeństwo, to bliższy kontakt dla mnie mógłby okazać się zgubny. Wszystkie te straszydła miały zakodowaną dziwną wyższość nad nami - nieodpornymi i odpornymi. Przynajmniej takie odnosiłem wrażenie...
-Gdybyś próbował to pewnie szybko straciłbyś życie, Brzydalu. - mruknąłem chowając swoją broń do futerału, który zawieszony miałem na plecach. Było to coś w postaci pochwy na miecz tylko nieco większe i 'posklejane' z wielu różnokolorowych i kształtnych kawałków materiału.
-Brzydalu? - zapytał, ale nie wiem czy mnie, czy sam siebie. W tym momencie częściowo zlałem tego mutanta i skierowałem się do zniszczonego samochodu, do którego maski dobrałem się niemal od razu. Cóż... nawet jeśli nie można mu było ufać to raczej nie wydawał się być tak dużym idiotą żeby nie wiedzieć faktu, iż jestem uzbrojony i bez walki się nie poddam. Z drugiej strony chyba to co przed chwilą przeleciało mi przez myśl było tylko złudną nadzieją i naprawdę ciężko teraz natrafić tutaj na kogoś równie inteligentnego. Najwidoczniej bardzo szybko chciał zginać, ponieważ kątem oka udało mi się dostrzec jak stara się podejść bliżej i dłonią dotknąć mojego ramienia, na którym znajdowała się opaska z logiem Szanty. Kilka chwil przed tym jak już miałem zareagować usłyszałem głośny wystrzał. Nie wiedziałem co się dzieje, bo przecież jeszcze przed chwilą wydawało mi się, że jesteśmy kompletnie sami. Na karku poczułem niebezpieczny podmuch powietrza przeciętego rzez lecący nabój. Na szczęście nie trafił ani we mnie, ani w tego mutanta, ale naprawdę niewiele brakowało. Niczym na komendę padliśmy na ziemię, jakbyśmy co najmniej byli po kilkuletnim przeszkoleniu w wojsku. Jedyne co się tutaj różniło między nami to fakt, że ja zdążyłem schować się za sflaczałą oponę wraku, a Ypsilo tak jak stał, tak teraz leżał mając twarz centralnie na wprost od lufy pistoletu, który dzierżyła w dłoni dziewczyna o długich, brązowych włosach.
-Szlag... - burknąłem starając się wyjrzeć zza samochodu. Panika wymalowana na jej twarzy i odważne trzymanie pistoletu w obu dłoniach uświadamiało o tym jak skrajne emocje nią kierują. Nie często spotyka się tutaj takich jak on, tym bardziej, ze praktycznie niczym nie różni się od tych nieczułych zombie. Uspokoiwszy nieco oddech przetransportowałem się na tył samochodu i próbowałem przedostać się do sprawczyni całego zamieszania. W międzyczasie dostrzegłem jak przesuwa się ona powoli w stronę 'wroga', który prawdopodobnie nawet nie próbował nim być. Przeładowała broń, a temu działaniu towarzyszył charakterystyczny odgłos pstryknięcia. Drżące dłonie ponownie przygotowywała się do strzału, jednak tym razem dystans był o wiele mniejszy, a prawdopodobieństwo chybienia bardzo nikłe. Ktoś bardziej wykwalifikowany niż ten Ypsilo już dawno wykorzystałby ten moment zawahania i albo zwiał, albo szybko pozbył się potencjalnego zagrożenia. Zaczynam się zastanawiać co oni wszyscy tutaj robią...
W ostatecznej chwili, gdy kobieta powoli naciskała spust, wyleciałem z ukrycia i łapiąc lufę pistoletu, uniosłem ją ku górze w momencie oddania strzału.
-Dlaczego... - podniosła lekko przestraszony wzrok z oblicza kolesia, do którego przed chwilą celowała. Zerknęła na mnie kompletnie nie rozumiejąc dlaczego ja - osoba nieodporna - właśnie uratowałem jednego z tych, który mógł być moją zgubą. - Przecież On...
-To Ypsilo. - wyprzedziłem jej wypowiedź nie dając nawet możliwości na dokończenie. Wyrwałem broń z jej rąk i opróżniłem magazynek żeby czasem mnie samego nie pokusiło, by go sprzątnąć. - Raczej nic nam nie zrobi. Wiem, że nie wygląda, ale raczej zdaje sobie sprawę, że może zginąć. - mówiłem to tak pewnie jakbym co najmniej uważał siebie za niezniszczalnego, a to przecież on tutaj miał przewagę - nawet bez broni!
Nie mówiąc nic więcej odwróciłem się przodem do stojącego grata. Tak naprawdę miałem w nosie co ten ziomek tutaj robi i chodziło mi jedynie o przeszukanie samochodu, do którego już za chwilę podszedłem. Otworzyłem drzwi od kierowcy i od razu po tym szybko zakryłem nos i usta zadługim rękawem bluzy.
-Ale wali... - Fragonia jakimś magicznym sposobem znalazła się tuż za moimi plecami. Wewnątrz był taki syf, że nawet gdyby auto jeździło i byłoby w najlepszym stanie technicznym - i tak bym do niego nie wsiadł. Na drugą dłoń również naciągnąłem bluzę, po czym z kabiny wyciągnąłem część ludzkiej nogi w dosyć zaawansowanym stadium rozkładu. Brzydal wstał już na nogi i otrzepywał kurz z i tak brudnych ubrań, więc nie wiem co mu to dawało, ale nie sądzę by interwencja była w jakiś sposób potrzebna. Rzuciłem mu pod nogi ochłap, a ten z kolei spojrzał na mnie z wyraźnym wyrzutem.
-Potraktuj to jako miły gest. Nie wiem co ty jesz w tym swoim Esylum, ale tu nie będziesz nikogo zabijał. Jeszcze trochę i znalazł byś się na moim terenie, a wtedy już nie musiałbym jej powstrzymywać. Albo... sam bym cie zabił, mutancie.

< Daiki?>

piątek, 2 lutego 2018

Od Daiki'ego - CD Lucius'a

Pół nocy zajęło mi odciągnięcie sporej grupy Poparzeńców, ponieważ za bardzo zbliżyły się pod naszą siedzibę. Nie robiłem tego rzecz jasna dla siebie - oni sami nie uczyniliby mi żadnej szkody, jednak chodziło o resztę człowieczej załogi, której ochrony podjąłem się dołączając do Esylum. Jakby na przekór sobie, wykonywałem obowiązki nazbyt sumiennie - nawet taki ponurak jak ja również potrzebuje czasem towarzystwa.
Słońce zaczęło się przebijać przez ciężkie, szare chmury, zwiastując tym samym kres chłodnej nocy. Pierwszy raz od wielu miesięcy mogłem śmiało stwierdzić, iż nie czuję nóg, a w gardle panuje nieznośna susza. Zszedłem na niższe poziomy jaskiń, po czym oparłem się plecami o zimną ścianę. Potrzebowałem chwilę odetchnąć.
Niestety mój spokój został zakłócony już kwadrans po usadowieniu swojego siedzenia na ziemi. Światło bijące od pochodni mieszczącej się jakieś dziesięć metrów dalej, zdradziły sylwetkę kryjącą się w mroku. Zwróciłem głowę w jej stronę, uważnie przypatrując się obcemu. Przez krótką chwilę odniosłem wrażenie, iż mam zwidy - jego ubiór oraz ogólny wygląd zupełnie nie pasowały do dzisiejszych czasów. Ciemne włosy były nienagannie ułożone, a czysta koszulka z przywiązaną wokół bioder marynarką aż raziły czystością. Oceniłem go na nieco starszego ode mnie, twarz miał wesołą i pogodną, a postawa sprawiała wrażenie raczej nastawionego na rozmowę człowieka. Czułem, że nie ma potrzeby zawracać sobie głowy oraz brać go jako zagrożenie, zresztą nawet nie miałem na to zbytnio siły.
Niczym grad z nieba, zaczął zasypywać mnie pytaniami. Jedyne co zdążyłem zrobić to unieść nieznacznie brew do góry. Czekałem aż skończy mówić o wszystkim czego pragnie się dowiedzieć.
- Teraz moja kolej na pytania. - zignorowałem jego wcześniejszą wypowiedzieć, jednocześnie ociężale dźwigając się na nogi. - Chcę wiedzieć co osoba z Shanty robi w siedzibie Esylum. I lepiej, żeby twoja odpowiedź była w miarę logiczna.
- Ahh, no tak... gdzie moje maniery. - młody mężczyzna zdawał się zmieszany i zafascynowany jednocześnie. - Na imię mi Lucius i tak jakoś podczas porannego joggingu zaskoczyło mnie stado tych kreatur, odcinając drogę powrotną. Szukałem schronienia, na końcu trafiając tutaj. - kiwnąłem nieznacznie głową na znak, że wyjaśnienie zostało przyjęte. - A ty naprawdę jesteś Ypsilo? Od razu wiedziałem, bo mnie nie zaatakowałeś.
- Po prostu nie jestem głodny. - rzuciłem mu ironiczny uśmieszek - Zwą mnie Daiki. Coś mi się wydaje, że to ja będę musiał wykonać brudną robotę i cię stąd wyprowadzić.
Szeroki uśmiech Lucius'a skrywał w sobie niemą prośbę, którą w mig odczytałem. Czekał mnie prawie pięciokilometrowy spacer do portu... na samą myśl jęknąłem zrezygnowany.
- Dobra, nie traćmy więc czasu. - minąłem go, a on najwyraźniej nie mógł się powstrzymać przed dotknięciem mnie, ponieważ poczułem jak jego palce muskają moją skórę na ręce - Zupełnie nie mam ochoty tego robić, ale jak Shanta zrobi nam najście to nie będzie ciekawie.
Wprawdzie kochałem walkę i nie bałem się nikogo zabić, ale za totalny bezsens uważałem walkę między ludźmi. Niepotrzebna strata energii oraz rąk zdolny uczynić życie łatwiejszym, zbijając się w większe grupy. Lucius jeszcze chwilę stał w miejscu, intensywnie się we mnie wpatrując, lecz zaraz po tym biegiem ruszył w moją stronę, by mnie dogonić. Uformowałem z dłoni daszek i przystawiłem do czoła, unosząc głowę w stronę słońca.
- Czeka nas długa przeprawa. Poparzeńcy zapewne zdołali już przebudzić się na dobre.
Mój towarzysz nic już więcej nie odpowiedział.

[...]

Spoglądałem na bezkresne równiny nad którymi niegdyś królowały góry potężnych wieżowców. Teraz zaś ich żałosne, zniszczone szczątki na wpół zwalone, opierały się jedno na drugim, jakby chcąc uchronić się wzajemnie przed całkowitym zrównaniem się z ziemią. Owy widok napełniał moje serce dziwną nostalgią, bowiem prócz szumu gorącego wiatru, nie dało się usłyszeć żadnego innego dźwięku natury. Stąpałem po popękanej od żaru, asfaltowej jezdni - gdzieniegdzie ogromne dziury ziały pustką o nieskończonym dnie. Paskudnie byłoby do takiej wpaść nie mając nikogo przy sobie, a uciekając przed czymś w pośpiechu nietrudno było o niezachowanie podstawowych zasad ostrożności takich jak patrzenie pod nogi. Sprawnym ruchem ominęliśmy przeszkodę i zaraz po tym natrafiliśmy na hordę moich nieludzkich pobratymców - Nieumarłych. Każdy z nich wyglądał inaczej, lecz łączyła ich jedna, wspólna cecha: ich ruchy przypominały nagłe zrywy, jakby bezustanne skurcze mięśni na całym ciele. Skórę mieli pozbawioną kolorów, szarą z silnie odznaczającymi się na niej czarnymi żyłami, które pulsowały dziwnie przy każdym otwarciu ust. W usianej zębami paszczy wiło się coś na kształt języka oblizującego spierzchnięte, czarne usta stworzenia.
- Przypatrywałeś się im kiedyś z bliska? - zapytałem, kierując spojrzenie w stronę Lucius'a, który jakby zastygł wpatrując się w przechodzące obok istoty. Przełknął ślinę z wyraźnym trudem, jakby ta nagle utknęła mu w gardle.
Zdjąłem swoją bluzę i szybko narzuciłem na ramiona towarzysza.
- Czując mój zapach, nie zaatakują cię. Najwyraźniej śmierdzę tak samo jak oni.
- Czemu to robisz? - zapytał głosem pełnym szczerego zdziwienia. - Przecież sam mógłbyś mnie zabić, przy okazji przywołując ich do siebie.
- Owszem, twoja śmierć by mnie nie ruszyła - przyznałem wzruszając ramionami - Jednak Lecrimo nie zżarło mi jeszcze rozumu na tyle, by lekceważyć swoich prawdziwych wrogów, czyli inne grupy.
- A co by się stało, gdybyś na przykład w tej chwili popadł w amok?
- Wtedy, przyjacielu... Musiałbyś przebierać nogami szybciej niż dotychczas - Posłałem mu wymowny uśmiech, informując o zupełnej prawdziwości wypowiedzi. - A tak się składa, że zaczęło burczeć mi w brzuchu.
- Coraz mniej bawią mnie twoje żarty...
- Po prostu są prawdziwe, co przykro mi stwierdzać.
W końcu nadeszła chwila gdzie nie mieliśmy innej możliwości jak dosłownie wbić się w stado Poparzeńców i wtopić się w tłum, by dostać się na drugą stronę ulicy. Dla mnie nie było to nic nowego, ale będąc człowiekiem zapewne narobiłbym w spodnie - chociaż ani trochę nie należę do osób strachliwych. Poczułem jak chłopak wręcz przytula się do mojego ramienia za każdym razem, gdy jakiś z Odmieńców pochylał się, by wciagnąć w nozdrza jego słodki, ludzki zapach, który ja czułem nazbyt wyraźnie. Lecz te bezmyślne istoty dawały się nabrać i po paru sekundach odchodziły. Popatrzyłem na Lucius'a krytycznym okiem i czym prędzej strzepnąłem go z siebie.
Kiedy bliskie spotkanie dobiegło końca, pozostało nam tylko przejść przez centrum miasta - była to najkrótsza droga. Mój towarzysz zaproponował lekki trucht, by przyśpieszyć podróż, na co przystanąłem, odzyskawszy nieco sił. Przebiegając pod jednym z budynków, fragment ziemi na którą Lucius nastąpił stopą zatrząsł się niebezpiecznie wprawiając podłoże w drgania. Nie zdążyłem nawet zorientować się co się właściwie wydarzyło, gdy obaj runęliśmy w przepaść skrywaną pod piaskową pokrywą. Była głęboka na kilka metrów: to jedyne co zdążyłem przyjąć do wiadomości, ponieważ upadek i silne uderzenie głową o kamienie pozbawiły mnie przytomności parę sekund później.


<Lucius?>

czwartek, 1 lutego 2018

Od Lucius'a

Wybiegłem z bezpiecznej strefy statku i prawie upadłem, kiedy moje nogi niebezpiecznie się rozjechały na piasku. Zdjąłem marynarkę i obwiązałem ją wokół bioder. Wyciągnąłem ręce ku górze i się rozciągnąłem. Poćwiczyłem nieco w miejscu, a gdy poczułem, że całe moje ciało jest gotowe na ruch, ruszyłem spokojnym biegiem przed siebie. Wciągnąłem do nosa gorące powietrze, czując żar z góry. Na chwilę zamknąłem oczy będąc pewnym, że na nic nie wpadnę i o nic się nie potknę. W ciszy biegłem przed siebie, aby zacząć ten dzień od mojej ulubionej rzeczy, czyli od biegania. Niektórym może to się wydać dziwne, ale to prawda. Gdyby moje ciało dało radę, biegłbym przez cały dzień, aż bym zdechnął z głodu. No dobra, może przesadzam, ale nie mogę inaczej określić tego uczucia fascynacji, kiedy biegnę. Z zamkniętymi oczami powróciłem do czasów, w których jeszcze żyła moja matka i mieszkaliśmy w małym mieście, gdzie jeszcze było bezpiecznie. Ile razy urządzaliśmy ze znajomymi wyścigi mówiąc, że pierwszy przeżyje, a ostatniego zjedzą Poparzeńcy. To były piękne czasy, tym bardziej, że nikt mi nie dorównywał w bieganiu. No może oprócz chłopaka o trzy lata starszego, który niestety zachorował szybciej, niż można było się tego spodziewać.
Nagle zauważyłem w oddali poruszające się postacie, a piasek zamienił się w ulicę. Stanąłem na chwilę i przymrużyłem oczy. Przekląłem pod nosem, kiedy zdałem sobie sprawę, że to żadni zbieracze czy inni cywilizowaniu ludzie, tylko Poparzeńcy. Po czym ich poznałem z daleka? Bo wydawali z siebie okropne jęki, poruszali się jak po przejechaniu tirem i śmierdzieli na kilometr gotowaną zgnilizną. Odwróciłem głowę zdając sobie sprawę także z tego, że pobiegłem dalej, niż miałem zamiar. Wbiegłem na teren uniwersum.
Zawróciłem i zacząłem biec w przypadkową stronę szybciej, niż wcześniej. Poparzeńcy w porównaniu do typowych zombiaków z horrorów byli o wiele szybsi i poruszali się chyba jak zwykły człowiek. Tym, że jak biegli, bujali się na boki, jakby nie mogli utrzymać równowagi. Wbiegłem między budynki i trafiłem na jakieś boisko. Kolejni Poparzeńcy zaczęli wychodzić zza ściany, a mi się udało wychwytać wzrokiem drogę ucieczki prowadzącą na pustynię. Rzuciłem się w ucieczkę, unikając jednego z nich. Zdołał mnie zadrapać w ramię, ale lekko. Ponad to jestem odporny - bynajmniej takie badania wyszły u Lulu.
Wbiegłem na piasek i od razu opanowałem nogi. Nie zwalniając ruszyłem prosto przed siebie, nawet się nie odwracając. W głowie miałem zamglony obraz matki, którą pochłonęła choroba. Wyglądała okropnie. Nie była odporna, a jej ciało nawet nie próbowało się przystosować. Umarła szybko i boleśnie. To wspomnienie nie pozwoliło mi się zatrzymać, a gdy to zrobiłem, znajdowałem się przed jakimś tunelem. Zajrzałem do środka. Na ścianach były poustawiane pochodnie. To mnie zaciekawiło, dlatego wszedłem do środka.
Świetnie. Nie ma jak to się zgubić. Przyszedłem tu tylko się rozejrzeć, a przez liczne tunele, wejścia i inne drogi ciekawość wzięła w górę i zapomniałem, skąd przybyłem. Przestałem biec, aby nie marnować już energii. Schowałem ręce do kieszeni i niczym zwykły osobnik, "spacerowałem" tunelami, w poszukiwaniu wyjścia. Po powrocie powiem, że przypadkiem wleciałem do dziury, pod którą znajdowały się tunele. Ale czy mi uwierzą? Ja przypadkiem nie wpadam do żadnych dołków, prędzej sam bym do nich wskoczył. W końcu zauważyłem jakąś postać siedząca przy jednej ze ścian. Od razu do niej podszedłem.
- Cześć, możesz mi pomóc? - poprosiłem, stając naprzeciw obcego.
Podniósł na mnie głowę, a mnie przeszły ciarki i powiem, że się nieco wystraszyłem. Pierwsze co mi przyszło do głowy, to że mam przed sobą okaz Poparzeńca lub chorego na Lecrimo. Patrzył na mnie zamglonym wzrokiem, a na moją twarz wdarł się uśmiech. To nie był Poparzeniec, zaatakowałby mnie.
- Jesteś Ypsilo? - zapytałem ciekawy.
Zmierzył mnie chłodnym spojrzeniem, w którym widziałem nutkę szaleństwa, które na tą chwilę jakby przygasło. Zmęczony?
- A co? - burknął mrużąc oczy. Przyjrzałem się uważnie jego czarnej burzy włosów, przenikliwym grafitowym spojrzeniu i klamrom na jego ciele.
- Ale zajebiście wyglądasz - dopiero po wypowiedzeniu tych słów zdałem sobie sprawę, że to twierdzenie raczej nie było odpowiednie. - Zabiłeś już kiedyś kogoś, jak cię amok owładnął? - dlaczego ja pytam o takie rzeczy? Cóż... pewnie temu, że jeszcze nigdy nie spotkałem na własne oczy Ypsilo, a to, co mówią inni, jest niczym, w porównaniu do własnej rozmowy z takim człowiekiem. Zapomniałem nawet, że szukałem wyjścia.

<Daiki?>

Nowa postać ~ Lucius Rennges


KONTAKT|: Pandemonium. (howrse)
GŁOS: Męski i niski, jak zwykle po mutacji, nieco gardłowy. Często głośny i radosny, prawie wszędzie słychać jego śmiech. Świetnie imituje głos postaci z kreskówek, jak Scooby-Doo, Kaczor Donald czy Myszka Miki. I nie zapominajmy o Goofym, który jest jego ulubioną postacią animowaną.