Już dawno nie czułem się poddenerwowany. Musiałem go uderzyć w twarz (a ja niby jestem oceanem spokoju). Nie po ryzykuje życie z raną w nodze, aby go tu zostawić.
- Ludzie powinni sobie pomagać, niezależnie z której są grupy - mruknąłem i zacząłem go podnosić z ziemi. Nawet nie próbował mi pomóc, czułem się, jakbym próbowała zataszczyć trupa.
- Zauważ, ze nie jestem człowiekiem - mówił tym samym zmęczonym głosem z zamkniętymi oczami. W końcu udało mi się go postawić do pionu, trzymając za ubrania. Stanąłem przed nim plecami.
- Jesteś, tylko chorym na Lecrimo - skuliłem się i wziąłem go na plecy. - Chyba, że się taki urodziłeś, ale w to ci nie uwierzę - dodałem łapiąc go za uda, żeby mi nie spadł. Chyba nie chciał współpracować.
- Co ty robisz? - zapytał zdziwiony. Czułem, jak podnosi głowę. Zacząłem iść przed siebie bardzo powoli. Może w tej chwili nie wydawał się tak ogromnie ciężki, ale noga zaczynała mnie piec.
- Jak to co? - mówiłem przez zaciśnięte zęby. W końcu przyspieszyłem do normalnego chodu. - Sam nie chcesz iść, to cię tam zaniosę. I bez dyskusji, bo jak zaczniesz mi się wiercić, to na pewno nas zeżrą Poparzeńcy. Bynajmniej mnie - to tylko niecałe dwa kilometry. Dam radę. Muszę... Plusem tego, że leżał na moich plecach było to, że maskował mój zapach. Co jakiś czas trafialiśmy na grupkę zarażonych, którzy tylko patrzyli w naszą stronę i uważnie wciągały zapach do nosa. Przeszedłem do biegu, kiedy zauważyłem kraniec miasta. Chciałem jak najszybciej się znaleźć na pustyni, gdyż tam były o wiele mniejsze szanse, na spotkanie wroga. Daiki się nawet nie ruszał, a jego oddech stał się płynniejszy. Musiał zasnąć, gdyż nawet się nie odezwał, kiedy mu kazałem mnie objąć rękoma. Przez to musiałem się jeszcze bardziej schylić, aby mi się nie ześlizgnął.
Co ja tak właściwie robię? Ratuje Ypsilo, który nie zawaha się mnie zabić, gdy zajdzie potrzeba. Przecież ryzykuje swoje życie i nie tylko. Jaką mam gwarancję, że amok nie owładnie go podczas snu? Albo nawet w tej chwili? Zanosząc go do Shanty, ludzie mogą mnie znienawidzić. W końcu kto normalny przyprowadza chorego na Lecrimo do obozu? Najwidoczniej nie należę do tych normalnych, ale co mam zrobić? Zostawić go? Przecież będę miał go na sumieniu. Po za tym muszę się odwdzięczyć za dwie rzeczy: pomoc w odnalezieniu drogi i skrycie się pod jego zapachem przed Poparzeńcami. Tylko jak ja się wytłumaczę przed Alex'em? Gdyby nie zmęczenie, pewnie ogarnęłaby mnie panika.
Zamiast po piętnastu minutach, dotarłem do Shanty dobrą godzinę później. Noga dała się porządnie we znaki i w połowie drogi musiałem odpocząć. Daiki spał w najlepsze. Raz przeszło mi przez głowę, że zemdlał przez utratę krwi, ale ona już dawno skrzepła. Wniosłem go na statek i od razu przywitałem się z wystraszonymi i jednocześnie zdenerwowanymi spojrzeniami. Po chwili obok mnie stanął Dolar.
- Co ty masz na plecach? - zapytał zdziwiony.
- Pomóż mi go zanieść do Lilyany - wydusiłem z siebie. Zdjąłem Ypsilo z pleców, a Kage od razu go wziął na swoje plecy. Wyprostowałem się i odetchnąłem z ulgą. Zacząłem iść powoli za przyjacielem, aż nie dotarliśmy do laboratorium dziewczyny. Ona widząc nas, od razu krzyknęła, żebyśmy zabrali to coś.
- Lulu, to Ypsilo. Ma rozerwaną nogę. Pomóż mu - od razu usiadłem na wolnym krześle czując, jak plecy odmawiają mi posłuszeństwa. I chyba nie tylko one, ale i całe ciało.
- Za żadne skarby! Nie jestem odporna! Zarażę się! - zaczęła lamentować, a Kage położył go na ziemi.
- Też bym go nie dotknął - mruknął kolega pod nosem.
- Przestańcie. Gdyby nie on, utkwiłbym w Esylum, a potem Poparzeńcy by mnie zjedli. Jestem mu coś winien.
- Co ty robiłeś w Esylum?
- Zgubiłem się... - mruknąłem. - Lulu, proszę, pomóż mu - dziewczyna mierzyła mnie morderczym spojrzeniem, aż w końcu nałożyłam kitel i białe rękawiczki.
- Jeśli się zarażę to wiec, że ty będziesz moją pierwszą ofiarą - ostrzegła i wzięła się do działania.
- Też cię kocham - uśmiechnąłem się. Kage usiadł obok mnie i zaczął o wszystko wypytywać. Opowiedziałem mu wszystko od początku, pomijając fakt, że Daiki chciał mnie zabić. Wymyśliłem, że pierwszy się wydostałem, a chłopak musiał na mnie czekać, bo nie było innego wyjścia, jak pójść po linę. Po chwili drzwi otworzyły się gwałtownie, a do środka wszedł Alex.
- Co on tu robi? - wskazał na Ypsilo. - Zabierzcie go stąd natychmiast! - wstałem i od razu się skrzywiłem z bólu. Natychmiast zacząłem tłumaczyć mu zaistniałą sytuację.
- A co potem z nim zrobisz? - zaproponowałem, że zamknę go na klucz w swoim pokoju, a sam pójdę spać do Kage. Lider przez chwilę stał patrząc to na mnie, to na przyjaciela z tyłu i na leżące na ziemi Ypsilo.
- Ale jutro musi stąd zniknąć - wyszedł trzaskając drzwiami. Odetchnąłem z ulgą i wróciłem na krzesło.
- Jak ci idzie?
- Ohyda... - usłyszałem w jej głosie obrzydzenie. - Skóra mu odchodzi! - wręcz zapiszczała, kiedy wyjmowała z rany małe kawałki szkła. - Zrzygam się...
Daiki nawet się nie obudził. Lilyana zabandażowała mu nogę i ją pozszywała, aby skóra nie odchodziła. Kage był bardziej tolerancyjny (i tak samo jak ja odporny) dlatego bez żadnego "ale" wziął Ypsilo na plecy i zaniósł go do mojego pokoju. Położyliśmy go na materac, a ja wziąłem parę ubrań, aby mieć w czym spać o Dolara. Przed wyjściem napisałem jeszcze kartkę dla Daiki'ego i położyłem ją przy materacu.
"Jak coś, jesteś w moim pokoju. Drzwi są zamknięte na klucz, gdyby w nocy ogarnął cię amok. Z jadalni zwinąłem trochę chleba i owoców, leżą na stole, jakbyś był głodny. Jak wstanę, przyjdę po ciebie."
<Daiki?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz