To była sekunda. Nie! Nawet krócej. To była tak miął jednostka czasu, że
nawet nie dostrzegłem tego, iż wielki szok przeszedł po moim ciele,
kiedy błyskawica walnęła tuż przede mną, a jej ładunki, które wylądowały
w ziemi, przeszły na moje ciało, chociaż odleciałem na parę metrów do
tyłu. Straciłem świadomość i czułem się jak we śnie, a dokładniej, to
jakbym z zawiązanymi oczami pływał w wodzie pełnym węgorzy elektrycznych i każdy z nich dla zabawy trącał mnie ogonem, abym poczuł
więcej. Nie mogłem się ruszyć, czułem się przywiązany do własnego ciała,
a ładunki elektryczne ciągle dawały o sobie znać. Tak jakbym siedział w
tych chmurach i każdy piorun najpierw przechodził przeze mnie, a potem
dochodził na ziemię. Aż w końcu to okropne uczucie zaczynało słabnąć.
Węgorzy było coraz mniej, uciekały, a liny, które trzymały mnie przy
sobie, powoli puszczałem.
- O matko jedyna moja w niebie. - powiedziałem to szybko w ciągu sekundy i
wstałem jak poparzony. Albo jakbym był maszyną i ktoś właśnie wcisnął
guzik, po którym automatycznie podnosiłam się z ziemi i wypowiadałem
jakże durną, szybką i niezrozumianą wypowiedź. Ładunki wyszły z mojego
ciała pozostawiając po sobie jeszcze tiki, przez które gdy chciałem
obejrzeć, gdzie leżę, wywoływały mocne machnięcie głową na boki.
Złapałem się za kark, gdy poczułem chrupnięcie. Przekląłem. Tik
przeniósł się na nogę.
- Nic ci nie jest? - usłyszałem znajomy głos. Kiedy cała adrenalina ze
mnie zeszła, podniosłem głowę i spojrzałem na twarz z klamerkami. Lekko
się uśmiechnąłem, ale zaraz ta mina mi zeszła, kiedy usłyszałem grzmoty i
kolejne uderzenia piorunów. Wzdrygnąłem podwijając nogi.
- Gdzie jesteśmy? - zignorowałem jego pytanie. Mówiłem teraz szybko,
jakby wstrząs dalej był ze mną. Nagle podszedł i usiadł obok.
- W jakimś budynku. Nie jestem pewny w jakim, ale jak na razie jesteśmy
bezpieczni - odpowiedział spokojnie. Wziąłem dwa głębsze wdechy.
- A da się wyrzucić to "na razie?" - pokręcił głową.
- Nie mam pojęcia gdzie się podziali wszyscy Poparzeńcy - westchnął.
Wszystko było w tej chwili możliwe, ale dużego wyboru nie mieliśmy:
siedzimy i czekamy na śmierć, wychodzi na spotkanie z nią, czy idziemy
szukać jej w budynku. Najlepiej zapowiada się pierwsza opcja. Oparłem
się o ścianę plecami i ponownie wziąłem grom powietrza.
- Jak się
czujesz? - zapytał. Uniosłem powieki spoglądając na niego.
- Jakbym wpadł do wody pełnej węgorzy - delikatnie się uśmiechnąłem, na
co skinął. Także się oparł o ścianę. - Czyli czekamy, aż przejdzie? -
skinął głową.
Westchnąłem. Siedzieliśmy na początku w ciszy, która
stawała się coraz bardziej drażniąca. Aż piszczała w moich uszach!
Dlatego instynktownie przybliżyłem się Daiki'ego, usiadłem po turecku w
jego stronę i zacząłem bawić się jego włosami. Ten raptownie się ruszył i
zabrał głowę, odwracając się w moją stronę.
- Co ty robisz? - zapytał zdziwiony. Ponownie chwyciłem rękami jego włosy.
- To mój fetysz, nie mogę się powstrzymać - wymruczałem i zacząłem się
nimi ponownie bawić. Daiki wyglądał na nie tylko zdziwionego, ale też na
takie, który nie wie co zrobić z tym faktem. Ja za to z uśmiechem
zacząłem zaplatać mu warkoczyki.
- Reagujesz podobnie jak Lilyana, ale
ona to zawsze chce mnie zabić za ruszanie jej włosów, aż się nie
przełamie - wspomniałem.
- Nikt się nie bawił moimi włosami. I nikt mnie nie dotykał - chciałem
już zadać pytanie "ale jak to?!" ale na czas przypomniałem sobie kim
jest i jak wygląda.
Rzeczywiście, niektórych to może odstraszać. Tak
bardzo im współczuję... bo chociaż Ypsilo mają większe szanse na
przeżycie i swobodę poruszania się po zakażonym świecie, nigdy nie
zaznają czegoś takiego, jak szczęście, czy jakiekolwiek pozytywne
emocje, nie licząc zabawy z rozszarpywania innych czy podobnych do tego
upodobań. Nigdy ich nikt nie przytuli, nie usłyszą miłego słowa, nie
zostaną zaproszeni na śniadanie, nie porozmawiają szczerze z nikim. Nie
mają z kim, są zdani na siebie. Tak bardzo im współczuje. Tak bardzo
szkoda mi Daiki'ego. Jak mógłbym go pocieszyć, nie wygadując niczego...
niemiłego? Teraz pewnie bym palnął "w końcu wyglądasz jak Poparzeniec",
ale tego nie zrobiłem. Pierwszy raz od paru lat nie powiedziałem tego,
co mi ślina przyniosła na język. Zamiast tego plotłem mu warkoczyki, na
krótkich włosach.
- Nikt praktycznie by po mnie nie wrócił. Raczej
zostawił. W końcu Poparzeńcy biorą mnie za swojego - dodał.
- Jak zauważyłeś, ja jestem inny - położyłem mu rękę na ramieniu. - I
musisz się przyzwyczaić, bo mi nie przeszkadza to, kim jesteś. To po
prostu niefortunny przypadek, że wypadło na ciebie. Spójrz na to z tej
strony. Byłeś silniejszy od innych i nie dałeś się zabić chorobie, a to
nie jest łatwa rzecz - patrzyłem mu prosto w oczy chcąc, aby doszło do
niego każde moje słowo, kiedy na zewnątrz burza dalej szalała. - Tak
więc mogę cię uznać nawet za wzór siły - powiedziałem i się
uśmiechnąłem. Wróciłem do plecenia warkoczyków. - Chociaż nie, tylko
jednej rzeczy się boję. Twojego amoku. Da się go jakoś okiełznać? Czy
zapanowuje nad tobą kiedy zechcę? No i... jak zostałeś Ypsilo?
<Daiki?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz