sobota, 3 lutego 2018

Od Luciusa - C.D Daiki'ego

Plotki kłamią. Ypsilo wcale nie musi być krwiożerczym potworem, który podaje się za człowieka. Wcale nie musi przekleństwa używać jako przecinka, by się wyrazić. I wcale nie porzuca swoich kamratów dla własnej zabawy. Bynajmniej nie ten osobnik. On nawet bez proszenia stwierdził, że mnie odprowadzi. I to jeszcze pod samą Shante! Mi głównie na początku po głowie chodziło, aby wydostać się z tuneli, a potem jakoś bym sobie poradził (lub nie). Na dodatek był całkowicie szczery, nie ukrywał, że jeśli amok nad nim zapanuje, może mnie zabić. Powiem, była to rzecz nieco przeszkadzająca. W końcu możesz nawet nie zdążyć się odwrócić, kiedy twojego znajomego owładnie pożądanie choroby. Ale czułem się po części bezpieczny z tego względu, że dzięki jego zapachowi żaden z poparzeńców mnie nie ruszył. Właśnie... tak bardzo miałem ochotę wybuchnąć śmiechem, kiedy już przeszliśmy przez tłum potworów. Bawiła mnie jednocześnie ich głupota (ale czego można się spodziewać po zombie?) i sam fakt, że zrobiłem coś, na co nigdy by mi nie starczyło odwagi. To dlaczego teraz się ruszyłem, skoro byłem tchórzem? Chyba przez adrenalinę. Najpierw spotykam kogoś, kto powinien mnie zabić - ekscytacja rośnie - a potem stajemy przed tłumem stworów - ekscytacja zamienia się w adrenalinę. W końcu kto o normalnych zmysłach wszedłby w taki tłum? Nikt, tym bardziej, że nawet by nie zdążył. Od razu by go rozszarpały.
Zaproponowałem trucht, głównie dlatego, że chciałem się bardziej poruszać, a to, żeby szybciej wrócić do siebie było raczej wymówką. Niefortunnie wpadliśmy do jakiejś dziury, skrytej pod piaskiem, kiedy jakaś płyta się odsunęła. Spadliśmy w dół na dobre parę metrów. Starałem się ukryć głowę w ramionach, dzięki czemu po uderzeniu o metalowe podłoże nie straciłem przytomności. Nabiłem jedynie siniaki na łokciach, nie licząc nóg i brzucha. Chwilę tak leżałem na ziemi, aż w mojej głowie przestało się kręcić. Powoli uniosłem głowę i przymrużyłem oczy, by móc cokolwiek zobaczyć. Gdy mój wzrok przyzwyczaił się do półmroku, stwierdziłem, że musieliśmy znajdować się w jakimś starym laboratorium. Po czy to poznałem? Zbyt wiele razy siedziałem z Lulu w takim miejscu i obserwowałem jak bada krew innych. Jej pomieszczenie bardzo przypominało te do którego wpadłem: na ziemi leżały rożne przyrządy, na półkach i stolikach znajdowało się w większości rozbite w szkło, nie licząc podłogi (jak dobrze mieć buty). Było tu bardzo wiele szklanych szafek, gdzie większość leżała na ziemi, a ściany był oblepione jakąś dziwną mazią. Podniosłem się i starałem dostrzec zarysy jakiejkolwiek postaci. Może to czyjeś prywatne pomieszczenie? Co ja wygaduje... żaden naukowiec nie poświęciłby chwili w tym miejscu, prędzej... pożoga i jej nosiciele. Momentalnie obszedł mnie strach, że za chwilę paręnastu wyskoczy z ciemności rzucą się na mnie, ale zaraz przestałem o tym myśleć, gdy zauważyłem parę metrów przed sobą leżącą przy ścianie postać. Była odwrócona do mnie przodem, więc bez problemu rozpoznałem Daiki'ego. Szybko do niego podbiegłem. Miał zamknięte oczy i się nie ruszał, ale jego klatka piersiowa się poruszała. Odetchnąłem z ulgą stwierdzając, że jest tylko nieprzytomny. Zdjąłem marynarkę obwiązaną wokół bioder, złożyłem ją i położyłem pod głową chłopaka. To było raczej przyzwyczajenie, zawsze bym to zrobił, nie ważne, jak to głupio będzie wyglądać z perspektywy leżącego. Po za tym... zawsze wygodniej.
Przeszedłem na środek pomieszczenia i spojrzałem w górę, mrużąc oczy, kiedy słońce zaczęło mnie razić. Oszacowałem mniej więcej ile metrów dzieli nas od wyjścia i zacząłem się po raz drugi rozglądając po laboratorium. Jestem mistrzem durnych pomysłów, dlatego: może znajdą tutaj drabinę? A może zacząć krzyczeć i poczekać, aż ktoś przyjdzie z pomocą, jeśli to nie będzie Poparzeniec? Mogę też uformować schody z szafek, co w sumie byłoby bardzo ciekawe. Chciałbym umieć wspiąć się po płaskiej ścianie, w tej chwili to by się bardzo przydało. Westchnąłem i zacząłem krążyć wokół mebli, starając się unikać szkła na posłodzę i innych ostrych przyrządów. Zauważyłem w jednej ze ścian drzwi, ale klamki do nich nie było. Od razu chciałem je wyważyć, ale zacząłem pytać samego siebie, czy po drugiej stronie nie ma nikogo nieproszonego. To mnie zatrzymało. Ale gdyby był, huk osuwającego się metalu i upadek dwojga ludzi raczej by zbudził tego kogoś i do nas przyprowadził. Chyba, że czeka... Nie...
Podszedłem do drzwi i je pchnąłem, ale na moje nieszczęście były zamknięte. Kiedy w nie uderzyłem, nawet nie drgnęły. Zrezygnowałem po trzecim kopnięciu i wróciłem do Daiki'ego. Usiadłem obok i zacząłem mu się przyglądać. Nagle nawiedził mnie okropny pomysł... ale pokusa była zbyt silna. Zacząłem dotykać jego klamerek, które były przyczepione do skóry. Zastanawiałem się, po co mu one, dlatego jedną odpiąłem. Nagle kawałek jego skóry odchylił się od ciała, ukazują mięśnie pod spodem. Ohyda. I WOW. Wpatrzyłem się w niego zahipnotyzowany i zacząłem odpinać kolejne, aż na jego twarzy nie została ani jedna. Wyglądał okropnie, z taką skórą, która odchodziła od jego ciała. Poruszył się, a ja szybko powpinałem mu z powrotem klamry, starając się, aby wszystkie były na swoim miejscu, ale niestety jedna została. Dokładnie oglądałem jego twarz, w poszukiwaniu tego jednego miejsca, aż w końcu odnalazłem kawałek odchodzącej skóry na policzku. Odsunąłem jedną klamrę w bok i przypiąłem drugą. Od razu wstałem, kiedy mruknął coś pod nosem. W końcu otworzy oczy, a mi przeszło przez głowę, że mnie zabije. Tak, zabije mnie z zimną krwią za to, że popsułem mu twarz. Znaczy... to nie jest dobre określenie. No to może: "Tak, zabije mnie z zimną krwią za to, że bawiłem się jego klamrami!". To jednak brzmi zbyt dziwnie.

<Daiki?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz