Wszystko co działo się później wydawało mi się niezbyt wyraźnym snem, wspomnieniem na krawędzi świadomości. Słyszałem przyśpieszony oddech Luciusa, jego szaleńczo bijące serce... i tą pochłaniającą mnie z każdą sekundą żądzę krwi. No tak... Lecrimo znowu dało o sobie znać.
Z kocią sprawnością pokonywałem kolejne stopnie ustawionych w wieżę schodów. Mój cel znajdował się już tak blisko, wręcz na wyciągnięcie dłoni. Wystarczy sięgnąć... przecież już raz się udało.
Ledwo zdołałem wyprostować rękę, gdy niespodziewanie chłopak wykonał dwa długie kroki do przodu, nabierając tym samym prędkości do skoku. Z chwilą, gdy odbił się od niestabilnego mebla, konstrukcja zachwiała się niebezpiecznie, po czym runęła razem ze mną w dół. Nic mnie przy tym nie zabolało, w sumie Ypsilo w amoku niewiele czuli, nawet jeśli miało to oznaczać ich powolną śmierć. Wraz z powracaniem zmysłów do normalnego stanu, udało mi się zorientować, iż moja noga została zmiażdżona przez stertę biurek: nie byłem w stanie jej wyciągnąć ani się ruszyć. Zostałem uwięziony.
Lucius zmył się przy pierwszej lepszej okazji. W odruchu złości uderzyłem pięścią o ziemię, wyklinając w myślach swoją naiwność. Jak w ogóle mogłem się łudzić, że człowiek okaże się pomocny i dobry? Chciałem dać komuś szansę po raz ostatni... i zapłaciłem za to najwyższą cenę. Łatwiej odebrać komuś życie niż zostać pozbawionym swojego własnego: ta świadomość napawała mnie lękiem, którego nie czułem od bardzo dawna. Poczułem czysty strach napędzany świadomością, iż wkrótce umrę. Nie pozostawało mi nic innego jak pogodzić się ze swoim losem tak jak dotychczas.
- Wygląda na to, że gra skończona, Daiki. - westchnąłem ze smutnym uśmiechem wkradającym się na usta. To powiedziawszy, rozluźniłem się i położyłem w wygodniej na ziemi, a pragnienie wciąż nieznośnie mi dokuczało.
[...]
Nie wiem ile czasu spędziłem w takiej pozycji, jednak wypływająca spod biurka mała kałuża czerwonego płynu dała mi do zrozumienia, iż to kwestia kilku godzin nim się wykrwawię. Zamknąłem oczy: nie chciałem tego widzieć.
Wtem głuchą ciszę przerwały ledwo wychwytywalne w powietrzu szmery, podobne do szumu popołudniowego wiatru. Jednakże ten dźwięk zdawał się narastać z każdą sekundą, a już po paru kolejnych moim oczom ukazała się znajoma sylwetka. Czyżby Lucius po mnie wrócił? Zdobyłem się na zadarcie głowy bardziej do góry, by móc się upewnić w swoich domysłach.
- Przyniosłem ci wodę. Nie wiem czy Ypsilo również muszą pić, ale masz. - starał się mówić półszeptem, a to oznajmiwszy zrzucił mi na dół butelkę wody, która niestety znajdowała się nieco poza moim zasięgiem. Próbowałem ją pochwycić, lecz okazała się być zbyt daleko.
- Jak już oznajmisz mi po ludzku, że nie zamierzasz mnie zabić to tam zejdę i Ci pomogę. - oznajmił, usadawiając się na krawędzi dziury.
Mrugnąłem trzy razy zanim dotarło do mnie znaczenie jego słów. Wyciągnąłem rękę do góry przed siebie jakbym chciał coś chwycić.
- Nie mogę się ruszyć. - rzekłem ochryple, ponieważ susza w gardle pozbawiła mnie naturalnej barwy głosu. Coraz bardziej opadałem też z sił.
- Zaraz spróbuję cię wyciągnąć.
Ponownie zamknąłem oczy, a kiedy je otworzyłem, Lucius już pochylał się nade mną.
- Ale mi tutaj nie umieraj. To byłoby trochę słabe. - klepnął mnie w policzek, by mnie trochę ocucić. - Słuchaj teraz uważnie: ja spróbuję podnieść to biurko, a ty postarasz się wyciągnąć nogę. Kiwnij jeżeli zrozumiałeś.
Zrobiłem o co poprosił. Przystąpiliśmy do działania: musieliśmy się śpieszyć, ponieważ zaczęło się ściemniać, a człowiek nie mogący dostrzec zagrożenia stawał się podwójnie bezbronny.
Usłyszałem jak Rennges po raz trzeci z rzędu wypuszcza powietrze nie świstem, wreszcie unosząc mebel o kilka centymetrów nad ziemię. Zebrałem resztki sił i pociągnąłem zmiażdżoną kończynę do siebie, dzięki czemu udało mi się ją uwolnić z pułapki.
- Dasz radę wejść po linie na górę? - mógłbym przysiąc, iż usłyszałem coś na kształt troski w głosie bruneta.
- Będzie ciężko, ale nie widzę innego wyjścia. - uśmiechnąłem się szczerze, chciałem już wyjść z tej ponurej dziury.
- Idź przodem, ja cię będę asekurował. - w tej samej chwili chyba sobie o czymś przypomniał, ponieważ zaczął szybko przeczesywać pomieszczenie. Wreszcie znalazł to czego szukał: podniósł z usianej kawałkami szkła podłogi swoją, teraz już nie tak czystą, marynarkę.
Skupiłem się na powierzonym mi zadaniu i zacząłem powoli wspinać się ku górze po linie, nie wiedząc nawet do czego jest przytwierdzona i czy wytrzyma mój ciężar. Ranna noga bardzo mi dokuczała we wspinaczce, a utrata sporej ilości krwi znacznie mnie osłabiła. Czasami czerń na krótki czas spowijał moje pole widzenia, jednak ja uparcie prułem do przodu aż w końcu udało mi się dosięgnąć krawędzi powierzchni i ujrzeć dobrze znane, pustynne równiny. Od razu padłem plecami na ciepły jeszcze piasek i odetchnąłem głęboko. To był mój limit, nie dam rady iść dalej. Lucius mógł mnie tu nawet zostawić, nie dbałem o to - byłem zbyt zmęczony, by wykonać chociażby jeszcze jeden mały krok.
- Ja dalej nie idę... - oznajmiłem oddychając ciężko, ale nie dane było mi dokończyć, bo Lucius wetknął mi do ust butelkę wody, a ja w odpowiedzi zacząłem łapczywie pić.
- Nie po to tutaj przychodziłem narażając życie i przy okazji cię ratując, żebyśmy teraz zginęli obaj. Shanta znajduje się 15 minut drogi stąd, moja znajoma mogłaby cię opatrzeć.
- Uważam, że członek Esylum w siedzibie wrogiej grupy nie będzie raczej mile widziany. Lepiej dla ciebie, jeśli zostawisz mnie tutaj. W najgorszym przypadku umrę, a w najlepszym jakoś uda mi się przeżyć i mnie nie zeżrą.
Z chwilą, gdy te słowa wyszły z moich ust, Lucius uderzył mnie w twarz. Na jego obliczu po raz pierwszy malował się gniew.
<Lucius?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz