poniedziałek, 5 lutego 2018

Od Daiki'ego - CD Luciusa


Zbudziły mnie pierwsze promienie wschodzącego słońca, wdzierające się przez szpary zadbanych rolet. Zamrugałem kilkakrotnie, próbując zrozumieć swoje obecne położenie. Nie pamiętałem dokładnie co się wydarzyło, musiałem chyba zasnąć z wycieńczenia.
Czarną lukę natychmiast wypełniły niejasne wspomnienia wraz z przeczytaniem krótkiego liściku od Luciusa. A jednak wrócił... i uratował mnie mimo moich protestów. Nie potrafiłem ukryć uśmiechu malującego się na mojej twarzy: pierwszy raz jakiś człowiek zyskał mój szacunek. Dopiero dźwigając się z łóżka bolesna rana na lewej nodze odezwała się z pełną mocą - syknąłem, czując jak wręcz pali żywym ogniem.
Starałem się to zignorować i szybko usiadłem przy stole, biorąc w dłoń krwistoczerwone jabłko, które brunet zostawił mi w razie, gdybym zgłodniał. Od lat nie jadłem ludzkiego jedzenia, nie pamiętałem nawet jego smaku: a teraz słodkie, żółte wnętrze owocu doprowadziło mnie do małej, wewnętrznej euforii. Zadziwiające jak wiele mogą znaczyć tak małe rzeczy. Właśnie brałem się za jedną z kromek chleba, gdy mój spokój przerwał zgrzyt zasuwki maleńkiego okienka umieszczonego w drzwiach mniej więcej na wysokości oczu. Sekundę później znajome, ciemnoszare tęczówki pojawiły się we wnętrzu małego prostokąta - na mój widok od razu jakoś tajemniczo zabłysły. Dostrzegłem w nich ulgę oraz radość, zarażające mnie dokładnie tymi samymi uczuciami. Wiedziałem, iż przy nim mogę czuć się bezpieczny.
- Wszystko w porządku? Żyjesz? - zapytał, chcąc zapewne upewnić się co do mojego ludzkiego stanu psychicznego.
- Tak, bez obaw. Możesz wejść. - zaraz po wypowiedzianych słowach klucz w zamku wydał z siebie charakterystyczne skrzypnięcie, a drzwi otworzyły się.
Pozwoliłem, by Lucius się zbliżył: kiedy znajdował się już na wyciągnięcie ręki, podniosłem się z krzesła i przytuliłem go.
Nie wiem jakie uczucia wtedy mną kierowały, lecz czułem wdzięczność za uratowanie życia: owy gest wydawał mi się najrozsądniejszą formą podziękowania, jako że byłem raczej słaby w wysławianiu się. Chłopak z tego całego zdziwienia odwzajemnił uścisk - odsuwając się od niego na odległość ramion udało mi się ujrzeć jak bardzo jest zaskoczony.
- Nie zapomnę ci tego. - wyznałem krótko, mając świadomość iż niewielu ludzi odważyłoby się ratować życie kogoś kto może ich zabić.
- To nic takiego... - zaśmiał się Rennges, w zakłopotaniu drapiąc się po głowie - Zresztą każdy zrobiłby to samo na moim miejscu.
- Uwierz mi, nie wszyscy.

[...]

- Chcesz jeszcze kawy? - zapytał Kage siedzący w kuchni przy stole tuż naprzeciwko mnie, w rękach trzymając makinetkę.
- Pewnie, dzięki. - odparłem, pozwalając nalać sobie do szklanki drugą porcję brązowego napoju - Za to ty jak zaraz nie przystopujesz to ci serce stanie. - zwróciłem się do Renngesa łapiącego się już szóstej filiżanki, którą właśnie przystawiał do ust.
- No co? Na coś trzeba umrzeć. - starał się zażartować.
Lulu nie dotrzymywała nam towarzystwa: zamiast tego zdecydowała się zjeść śniadanie samotnie, w salonie, ponieważ strach o własne życie okazał się silniejszy. Jednak dopóki ten cały Alex nie miał z tym problemu to nie zamierzałem ustępować nikomu wyznaczonego mi miejsca.
- Co teraz zamierzasz? - grabarz spojrzał zaciekawiony na moją spokojną twarz, a padające na nią promienie słoneczne jedynie bardziej eksponowały wszystkie niedoskonałości.
Całe szczęście, udało mi się jako tako doprowadzić ją do porządku nim wyszedłem do ludzi.
- Szczerze to nie mam pojęcia. Jednak wydaje mi się, że czas już na mnie. - westchnąłem, po czym wstałem od stołu - Nie mogę dłużej tutaj zostać, a droga do Esylum jest dosyć długa i niełatwa. Powinienem ruszać zanim przez ciemności zgubię drogę.
- Odprowadzę cię trochę! - głos niemal natychmiast zabrał brunet, unosząc rękę do góry niczym uczeń zgłaszając się na lekcji.
- Będziemy się tak odprowadzać bez końca? - nie mogłem powstrzymać śmiechu - Lepiej zostań i oszczędzaj nogi, bo mogą ci się jeszcze kiedyś przydać.
- Pierdolenie o Szopenie. - machnął niedbale ręką - Mogę nawet biec, o ile oczywiście nadążysz. - puścił mi oczko, ale po sekundzie dodał - Razem to zaczęliśmy, więc razem skończymy.
Podziwiałem tego człowieka: rzecz jasna nie przez fakt, iż był niesamowicie uparty. Wykazał się nie lada odwagą nie bojąc się zaglądnąć śmierci w oczy oraz zaryzykować powrót do samego centrum uniwersum, aby mnie ocalić.
Nie chcąc się dłużej spierać, przyjąłem jego propozycję. Przez chwilę nawet poczułem się lepiej na myśl o towarzystwie innym niż Poparzeńcy.


Tym razem postanowiliśmy być nieco ostrożniejsi: postanowiliśmy ominąć serce metropolii i obejść ją samym krańcem miasta. W pobliżu znajdowały się jedynie małe budynki, dawniej będące osiedlowymi kioskami. O wiele łatwiej było wypatrzyć w nich ruchy potencjalnego rucha ukazujące się przez rozbite okiennice. Szliśmy dosyć żwawym krokiem, oszczędzając siły na szaleńczy bieg, jeśli owy okaże się niezbędny do uratowania naszych tyłków. W trakcie podróży nie rozmawialiśmy zbyt wiele: pozwalając sobie na taką pobłażliwość usypialiśmy czujność, a ja nie miałem ochoty na obserwowanie jak Oparzeńcy rozszarpują ciało Luciusa. On rozglądał się po prawej, ja natomiast po lewej.
- Jest jakoś tak spokojnie... za cicho, nie uważasz? - przemyślenia chłopaka w końcu wyszły z jego głowy w postaci słów. W odpowiedzi tylko wzruszyłem ramionami.
- Być może o tej porze dnia popadają w jakąś hibernację. Na mnie coś takiego nie oddziaływuje, dlatego ciężko stwierdzić.
Niestety na nasze nieszczęście tajemnicza nieobecność Zarażonych okazała się być spowodowana olbrzymią burzą, które znane były ze swojego bezszelestnego nadejścia. Tak było również tym razem: czarne, ciężkie chmury całkowicie przysłoniły gazowego olbrzyma, a zimny wiatr przeszył moje ciało, wywołując bardzo nieprzyjemny dreszcz. Dreszcz niepokoju. Szósty zmysł ponownie zadziałał i wręcz krzyczał w mojej głowie, że natychmiast trzeba się ukryć.
- Za mną! - krzyknąłem w pożerającym głos wietrze i łapiąc Renngesa za rękę brutalnie pociągnąłem go w stronę zabudowań, przez co o mało się nie przewrócił.
Dobiegaliśmy już do jednego z budynków, gdy nagle na tle nieba rozbłysł oślepiający piorun, trafiając w ziemię wprost pod nogi: siła uderzenia odrzuciła nas na pewną odległość od siebie. Podnosząc się z ziemi ujrzałem Luciusa leżącego bezwładnie kilka metrów dalej, ogłuszonego hałasem oraz siłą wyładowania elektrycznego. Ignorując niebezpieczeństwo, złapałem go pod pachy i zacząłem jak najprędzej ciągnąć go do wnętrza większego budynku.
Na pierwszy rzut oka wydawało się, że nie znajdują się w nim żadni nieproszeni lokatorzy, dzięki czemu mogłem skupić się na na wpół przytomnym brunecie. Miał zamknięte oczy, ale oddychał głęboko i płynnie, przez to odetchnąłem z wyraźną ulgą. Jedyne co mogłem teraz zrobić to czuwać nad nim dopóki się nie obudzi: a jeśli burza nie ustąpi za parę godzin, będziemy zmuszeni tutaj nocować, wystawiając na przemian warty.

<Lucius?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz