Nie wiedziałem od czego zacząć, gdy zadawał mi kolejne pytania. Owszem, mogłem zamknąć temat i zabrać swoją historię do grobu. Ale czy jeszcze kiedykolwiek znajdzie się ktoś kto będzie chciał mnie wysłuchać? Ktoś komu będę mógł powiedzieć to co od lat ukrywałem tak starannie, że zacząłem brzydzić się uczuć?
Nigdy nie oczekiwałem, że ktoś się mną zainteresuje. A teraz? Siedzieliśmy uwięzieni w ledwo stojącym budynku służącym za liche schronienie. Lucius ani na chwilę nie przestawał bawić się moimi włosami, od czasu do czasu wplątywał w nie palce, by zebrać większą ich ilość. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem czyjegoś dotyku, nawet tak nikłego. Był jednak niezwykle kojący i uspokajał.
- Zaczęło się około dwóch lat temu. - zacząłem, próbując przypomnieć sobie niewyraźne wspomnienia - Wyprawiałem małe przyjęcie na swoje szesnaste urodziny. Gdy zaczęło się ściemniać, Poparzeńcy niepostrzeżenie przekroczyli najwyraźniej słabo strzeżone pogranicza bezpiecznej strefy. Jeden z nich rzucił się na mnie i ugryzł w ręke. - Uniosłem prawe przedramię, by pokazać mu wciąż widoczną bliznę po zębach - Gdybym wtedy instynktownie nie obronił twarzy, zapewne już bym jej nie miał.
Brunet słuchał z niezwykłym przejęciem, jego spojrzenie wręcz chłonęło moją postać, a uszy mój głos w miarę, gdy otrzymywał odpowiedź na wszystkie nurtujące go pytania. Przysunął się jeszcze bliżej, prawie we mnie wnikając: najwyraźniej chciał każde słowo usłyszeć wyraźnie.
- Zaraz po tym straciłem przytomność, a kiedy się obudziłem zrozumiałem czym się stałem. Ludzie przybyli na miejsce patrzyli na mnie z przerażeniem i obrzydzeniem. Nie próbowałem tłumaczyć, że to wciąż ja, a nie jeden z tych potworów, których tak bardzo się obawiają. Jednak nie dali mi dojść do słowa: nawet mój własny ojciec podniósł na mnie broń. - przerwałem na chwilę, ponieważ luka w pamięci dawała mi się we znaki. - Prowadziłem koczownicze życie aż do dzisiaj, jakiś czas temu postanowiłem dołączyć do Esylum: oni widzieli we mnie sprzymierzeńca, dostrzegli pozytywy płynące w posiadaniu w swoich szeregach osoby chorej. Nie miałem niczego do stracenia, więc zgodziłem się.
- Jakim sposobem dowiedziałeś się, że istnieje coś takiego jak amok? Zabiłeś przy tym kogoś ze swoich?
- Ze swoich na szczęście nie, bo posiadam umiejętność wyczuwania kiedy owy szał nadejdzie. Zazwyczaj tylko kilka sekund przed, lecz okazuje się to bezcenne, gdy to właśnie sekundy decydują o twoim przetrwaniu.
- Da się to w jakikolwiek sposób powstrzymać? No wiesz, żebym nie obawiał się zasnąć przy twoim boku.
- Absolutnej pewności nie mogę ci dać. - posłałem mu smutny uśmiech - Co prawda, już kilka razy udało mi się powstrzymać, jeżeli nie było to poprzedzone skrajnymi emocjami jak gniew czy ogromny głód lub pragnienie. Zresztą sam widziałeś.
Rennges szybko pokiwał głową w zrozumieniu, w jednej chwili przestał bawić się moimi włosami. Usiadł naprzeciwko, oplótł ręce wokół mojej szyi i oparł głowę o moje ramię.
- Może zabrzmi to głupio, ale współczuję ci. Nie wyobrażam sobie nie mieć nikogo, nie móc z nikim porozmawiać ani choćby się przytulić. To musi być naprawdę okropne.
- Samotność nie wybiera, poza tym zdążyłem się przyzwyczaić. Nie zdążyłem za to się przekonać czym jest prawdziwa miłość, dlatego udało mi się przetrwać. Również pojęcie przyjaciela dawno zniknęło z mojego słownika. Na tym świecie przy życiu nie pozostał już nikt dla mnie ważny, tak naprawdę żyję z dnia na dzień patrząc jak choroba zbiera kolejne żniwa.
Brunet bez słowa dziwnie zmarszczył brwi, po czym przygarnął do siebie moją dłoń. Od palców do nadgarstka skóra była normalna, później mięśnie pokrywały rękę aż do łokcia. Zaczął przejeżdżać palcami po każdej klamerce z osobna, jakby chcąc coś przez nie dojrzeć. Badał sytuację, a ja czułem, że szykuje się kolejne pytanie.
- Czy wszystkie Ypsilo mają takie same objawy choroby? W sensie, że skóra odchodzi im od ciała?
- Przez te dwa lata spotkałem tylko garstkę, wielu z nich zbyt pewnie czuła się w pobliżu ludzi, więc zostali rozstrzelani. Dlatego ja unikam większych miast w obawie przed podzieleniem ich losu. Muszę cię jednak zaskoczyć: u każdego choroba przebiega inaczej i mogę szczerze powiedzieć, że ze mną obeszła się nadzwyczaj łagodnie. Widywałem twarze tak zniekształcone, iż na samą myśl zbiera mi się na wymioty: okropne, powykręcane. Języki zwisały im z pysków, przerośnięte zęby nie mieściły się w szczęce i przebijały skórę na policzkach nadając zarażonemu wygląd zmutowanego dzika. Jeszcze innemu kończyny odpadały od korpusu lub wyrastały dodatkowe.
Kiedy skończyłem, brunet tylko zacisnął dłoń na materiale mojej koszulki. Odniosłem wrażenie jakby moje słowa sprawiały mu fizyczny ból, który starał się wytrzymać. Westchnąłem z ulgą kończąc opowieść, oparłem ręce na ziemi z zamiarem dźwignięcia się na nogi, lecz pewny chwyt towarzysza powstrzymał mnie od tego.
- Gdy zacząłem sobie to wszystko wyobrażać, zdałem sobie sprawę, że moja matka... - tutaj przerwał gwałtownie, jego ramiona zadrżały niespokojnie jakby zimny wiatr przeszył ciało Renngesa.
Nie zadawałem zbędnych pytań, domyśliłem się, że również i ona padła ofiarą Lecrimo. Położyłem dłoń na jego plecach i delikatnie przejechałem nią wzdłuż nich, chcąc dodać mu otuchy.
- Przykro mi to mówić, ale musisz się z tym pogodzić, Luciusie. Na tym świecie nie ma już ludzi, którzy nie przeżyli tragedii w postaci śmierci bliskiej osoby.
Ten chłopak coraz bardziej mnie zadziwiał: z jednej strony radosny i pomocny, z drugiej niezwykle wrażliwy: zupełnie nie pasował do teraźniejszego świata, nie zasłużył na los jaki go spotkał.
Ludzkie uczucia niewiele mnie obchodziły, ale on... on był inny. Potraktował mnie inaczej niż wszyscy inni dotychczas, a ja miałem swój honor.
- Może i ty zechcesz opowiedzieć mi nieco o sobie? Może dzięki temu zrobi ci się lepiej, poza tym... jeżeli już jesteśmy zdani na siebie to poznanie się nieco lepiej może potem okazać się bardzo przydatne. - próbowałem go przekonać, przemawiając doń łagodnym tonem.
<Lucius?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz