piątek, 2 lutego 2018

Od Daiki'ego - CD Lucius'a

Pół nocy zajęło mi odciągnięcie sporej grupy Poparzeńców, ponieważ za bardzo zbliżyły się pod naszą siedzibę. Nie robiłem tego rzecz jasna dla siebie - oni sami nie uczyniliby mi żadnej szkody, jednak chodziło o resztę człowieczej załogi, której ochrony podjąłem się dołączając do Esylum. Jakby na przekór sobie, wykonywałem obowiązki nazbyt sumiennie - nawet taki ponurak jak ja również potrzebuje czasem towarzystwa.
Słońce zaczęło się przebijać przez ciężkie, szare chmury, zwiastując tym samym kres chłodnej nocy. Pierwszy raz od wielu miesięcy mogłem śmiało stwierdzić, iż nie czuję nóg, a w gardle panuje nieznośna susza. Zszedłem na niższe poziomy jaskiń, po czym oparłem się plecami o zimną ścianę. Potrzebowałem chwilę odetchnąć.
Niestety mój spokój został zakłócony już kwadrans po usadowieniu swojego siedzenia na ziemi. Światło bijące od pochodni mieszczącej się jakieś dziesięć metrów dalej, zdradziły sylwetkę kryjącą się w mroku. Zwróciłem głowę w jej stronę, uważnie przypatrując się obcemu. Przez krótką chwilę odniosłem wrażenie, iż mam zwidy - jego ubiór oraz ogólny wygląd zupełnie nie pasowały do dzisiejszych czasów. Ciemne włosy były nienagannie ułożone, a czysta koszulka z przywiązaną wokół bioder marynarką aż raziły czystością. Oceniłem go na nieco starszego ode mnie, twarz miał wesołą i pogodną, a postawa sprawiała wrażenie raczej nastawionego na rozmowę człowieka. Czułem, że nie ma potrzeby zawracać sobie głowy oraz brać go jako zagrożenie, zresztą nawet nie miałem na to zbytnio siły.
Niczym grad z nieba, zaczął zasypywać mnie pytaniami. Jedyne co zdążyłem zrobić to unieść nieznacznie brew do góry. Czekałem aż skończy mówić o wszystkim czego pragnie się dowiedzieć.
- Teraz moja kolej na pytania. - zignorowałem jego wcześniejszą wypowiedzieć, jednocześnie ociężale dźwigając się na nogi. - Chcę wiedzieć co osoba z Shanty robi w siedzibie Esylum. I lepiej, żeby twoja odpowiedź była w miarę logiczna.
- Ahh, no tak... gdzie moje maniery. - młody mężczyzna zdawał się zmieszany i zafascynowany jednocześnie. - Na imię mi Lucius i tak jakoś podczas porannego joggingu zaskoczyło mnie stado tych kreatur, odcinając drogę powrotną. Szukałem schronienia, na końcu trafiając tutaj. - kiwnąłem nieznacznie głową na znak, że wyjaśnienie zostało przyjęte. - A ty naprawdę jesteś Ypsilo? Od razu wiedziałem, bo mnie nie zaatakowałeś.
- Po prostu nie jestem głodny. - rzuciłem mu ironiczny uśmieszek - Zwą mnie Daiki. Coś mi się wydaje, że to ja będę musiał wykonać brudną robotę i cię stąd wyprowadzić.
Szeroki uśmiech Lucius'a skrywał w sobie niemą prośbę, którą w mig odczytałem. Czekał mnie prawie pięciokilometrowy spacer do portu... na samą myśl jęknąłem zrezygnowany.
- Dobra, nie traćmy więc czasu. - minąłem go, a on najwyraźniej nie mógł się powstrzymać przed dotknięciem mnie, ponieważ poczułem jak jego palce muskają moją skórę na ręce - Zupełnie nie mam ochoty tego robić, ale jak Shanta zrobi nam najście to nie będzie ciekawie.
Wprawdzie kochałem walkę i nie bałem się nikogo zabić, ale za totalny bezsens uważałem walkę między ludźmi. Niepotrzebna strata energii oraz rąk zdolny uczynić życie łatwiejszym, zbijając się w większe grupy. Lucius jeszcze chwilę stał w miejscu, intensywnie się we mnie wpatrując, lecz zaraz po tym biegiem ruszył w moją stronę, by mnie dogonić. Uformowałem z dłoni daszek i przystawiłem do czoła, unosząc głowę w stronę słońca.
- Czeka nas długa przeprawa. Poparzeńcy zapewne zdołali już przebudzić się na dobre.
Mój towarzysz nic już więcej nie odpowiedział.

[...]

Spoglądałem na bezkresne równiny nad którymi niegdyś królowały góry potężnych wieżowców. Teraz zaś ich żałosne, zniszczone szczątki na wpół zwalone, opierały się jedno na drugim, jakby chcąc uchronić się wzajemnie przed całkowitym zrównaniem się z ziemią. Owy widok napełniał moje serce dziwną nostalgią, bowiem prócz szumu gorącego wiatru, nie dało się usłyszeć żadnego innego dźwięku natury. Stąpałem po popękanej od żaru, asfaltowej jezdni - gdzieniegdzie ogromne dziury ziały pustką o nieskończonym dnie. Paskudnie byłoby do takiej wpaść nie mając nikogo przy sobie, a uciekając przed czymś w pośpiechu nietrudno było o niezachowanie podstawowych zasad ostrożności takich jak patrzenie pod nogi. Sprawnym ruchem ominęliśmy przeszkodę i zaraz po tym natrafiliśmy na hordę moich nieludzkich pobratymców - Nieumarłych. Każdy z nich wyglądał inaczej, lecz łączyła ich jedna, wspólna cecha: ich ruchy przypominały nagłe zrywy, jakby bezustanne skurcze mięśni na całym ciele. Skórę mieli pozbawioną kolorów, szarą z silnie odznaczającymi się na niej czarnymi żyłami, które pulsowały dziwnie przy każdym otwarciu ust. W usianej zębami paszczy wiło się coś na kształt języka oblizującego spierzchnięte, czarne usta stworzenia.
- Przypatrywałeś się im kiedyś z bliska? - zapytałem, kierując spojrzenie w stronę Lucius'a, który jakby zastygł wpatrując się w przechodzące obok istoty. Przełknął ślinę z wyraźnym trudem, jakby ta nagle utknęła mu w gardle.
Zdjąłem swoją bluzę i szybko narzuciłem na ramiona towarzysza.
- Czując mój zapach, nie zaatakują cię. Najwyraźniej śmierdzę tak samo jak oni.
- Czemu to robisz? - zapytał głosem pełnym szczerego zdziwienia. - Przecież sam mógłbyś mnie zabić, przy okazji przywołując ich do siebie.
- Owszem, twoja śmierć by mnie nie ruszyła - przyznałem wzruszając ramionami - Jednak Lecrimo nie zżarło mi jeszcze rozumu na tyle, by lekceważyć swoich prawdziwych wrogów, czyli inne grupy.
- A co by się stało, gdybyś na przykład w tej chwili popadł w amok?
- Wtedy, przyjacielu... Musiałbyś przebierać nogami szybciej niż dotychczas - Posłałem mu wymowny uśmiech, informując o zupełnej prawdziwości wypowiedzi. - A tak się składa, że zaczęło burczeć mi w brzuchu.
- Coraz mniej bawią mnie twoje żarty...
- Po prostu są prawdziwe, co przykro mi stwierdzać.
W końcu nadeszła chwila gdzie nie mieliśmy innej możliwości jak dosłownie wbić się w stado Poparzeńców i wtopić się w tłum, by dostać się na drugą stronę ulicy. Dla mnie nie było to nic nowego, ale będąc człowiekiem zapewne narobiłbym w spodnie - chociaż ani trochę nie należę do osób strachliwych. Poczułem jak chłopak wręcz przytula się do mojego ramienia za każdym razem, gdy jakiś z Odmieńców pochylał się, by wciagnąć w nozdrza jego słodki, ludzki zapach, który ja czułem nazbyt wyraźnie. Lecz te bezmyślne istoty dawały się nabrać i po paru sekundach odchodziły. Popatrzyłem na Lucius'a krytycznym okiem i czym prędzej strzepnąłem go z siebie.
Kiedy bliskie spotkanie dobiegło końca, pozostało nam tylko przejść przez centrum miasta - była to najkrótsza droga. Mój towarzysz zaproponował lekki trucht, by przyśpieszyć podróż, na co przystanąłem, odzyskawszy nieco sił. Przebiegając pod jednym z budynków, fragment ziemi na którą Lucius nastąpił stopą zatrząsł się niebezpiecznie wprawiając podłoże w drgania. Nie zdążyłem nawet zorientować się co się właściwie wydarzyło, gdy obaj runęliśmy w przepaść skrywaną pod piaskową pokrywą. Była głęboka na kilka metrów: to jedyne co zdążyłem przyjąć do wiadomości, ponieważ upadek i silne uderzenie głową o kamienie pozbawiły mnie przytomności parę sekund później.


<Lucius?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz