Ból głowy nieznośnie rozsadzał mi czaszkę, gdy wreszcie powróciłem do świata żywych, a przed sobą ujrzałem twarz Luciusa. Obrzuciłem chłopaka zamglonym, na wpół przytomnym spojrzeniem z kryjącym się w nich pytaniem.
- Gdzie... Gdzie jestem? - wyjąkałem, lekko unosząc się do pozycji siedzącej.
- Nieźle zaryłeś o ziemię. - stwierdził brunet, wskazując na zakrzepniętą już ranę z tyłu mojej głowy - Normalnego człowieka już dawno by to zabiło. - Przez chwilę milczał, by dodać - Przez ten czas, kiedy sobie spałeś, starałem się znaleźć jakieś wyjście.
Nie czekając na dalsze wytłumaczenia, rozejrzałem się wokół - ukazała mi się sceneria niczym z piekła: wszędzie panował bałagan, zniszczone przedmioty walały się po podłodze. Byliśmy w dawno opuszczonym laboratorium, które teraz równie dobrze mogło nam posłużyć za grobowiec.
Podjąłem próbę dźwignięcia się na nogi czego natychmiast pożałowałem z chwilą, gdy kończyny chwilowo odmówiły mi posłuszeństwa z powodu karuzeli w głowie. Zachwiałem się niebezpiecznie do tyłu i jedynie silny chwyt Luciusa powstrzymał mnie od ponownego uderzenia o ziemię. Odruchowo objął mnie i przycisnął do siebie, tym samym zapewniając mi stabilność oraz utrzymując moje ciało w pionie.
Wciąż byłem nieco otumaniony, w przeciwnym razie odepchnąłbym go od siebie i najpewniej zwyzywał, by się nie zbliżał. Jednak teraz byłem mu wdzięczny.
- Już dobrze, możesz puścić. - oznajmiłem, odzyskując trzeźwość umysłu po dwóch uderzeniach serca.
Usłuchał, spełniając moją prośbę. Przez krótką chwilę pomyślałem nawet, że mogę mu zaufać, lecz szybko odrzuciłem ową naiwną myśl. Skąd mogłem wiedzieć czy jak już stąd nie wyjdziemy, on nagle ukaże swoje inne oblicze i zabije mnie? Do ludzi trzeba podchodzić z dystansem, nauczył mnie tego zdrowy rozsądek i lata włóczenia się po świecie okrytym pożogą.
- Wypadałoby opuścić nasze nowe lokum przed zmrokiem. - Rennges uniósł głowę w stronę nieba, mrużąc przy tym oczy - Zostało nam może z parę godzin zanim zapadną całkowite ciemności. Chyba, że widzisz w nocy.
- A wyglądam ci na hybrydę kota? - zapytałem kpiąco, ruchem ręki prezentując swoją sylwetkę. - Poza tym nie myśl, że puszczę ci płazem majstrowanie przy mojej twarzy.
- Skąd ty... - Lucius w ostatniej chwili powstrzymał się przed zadaniem pytania.
- Jedna z klamerek leży zaraz obok twojej marynarki służącej mi za poduszkę. - wskazałem zgubę palcem, po czym schyliłem się, by ją podnieść. - Można je rozpiąć jedynie za pomocą małego przycisku, same z siebie nigdy się nie odpinają.
Chłopak próbował coś powiedzieć, jednak wciąłem mu się w słowo - Jeżeli nie poskromisz swojej ciekawości, ona cię kiedyś zgubi. I nie mówię tego, by cię nastraszyć, lecz żeby w jakiś sposób ochronić twój nierozsądny tyłek.
Pokiwał nieznacznie głową, przyjmując do wiadomości co właśnie powiedziałem. Traciliśmy cenny czas na niepotrzebne rozmowy zamiast jak najszybciej znaleźć wyjście, dotrzeć na tereny Shanty i rozdzielić nasze drogi raz na zawsze. Póki co było mi nawet trochę żal skazywać na śmierć tego niewinnie zachowującego się młodzieńca, chociaż jego dociekliwość zaczęła wyraźnie działać mi na nerwy.
- Jakieś propozycje? - rzuciłem jakby od niechcenia w stronę towarzysza, a on nagle ożywił się.
- Pomyślałem o zebraniu wszystkich mebli w jedno miejsce i ustawienie ich w coś na kształt schodów. Ewentualnie możemy spróbować wyważyć te drzwi bez klamki. - wskazał ruchem głowy jeden z ciemnych zakątków pomieszczenia - Ani drgnęły, kiedy sprzedałem im porządnego kopniaka.
- Skorzystajmy więc z pierwszej opcji. Jeżeli nie wypali, zastanowimy się nad nimi. - zaproponowałem, na co Lucius przystał bez zbędnego marudzenia.
Zresztą nie mieliśmy żadnej innej możliwości działając we dwóch. Nie mogliśmy wezwać pomocy z zewnątrz, która mogłaby po prostu rzucić nam linę.
Czym prędzej przystąpiliśmy do przygotowań - przenieśliśmy wszystko nadające się na zbudowanie z nich małej góry dzięki której będziemy mogli się wydostać. Parę razy z rzędu musieliśmy przerywać, by odetchnąć z powodu bezlitosnego upału.
[...]
Po dłuższym czasie praca zbliżała się już ku końcowi, wówczas okropne pragnienie dało o sobie znać ze zdwojoną siłą. Jedynym dostępnym płynem nadającym się do spożycia i mogącym ukoić suchość w gardle była... krew. Krew Luciusa. Na ułamek sekundy dopadła mnie niepohamowana chęć, by wgryźć się w jego szyję i dobrać się do tego czego tak bardzo teraz potrzebowałem.
- Daiki, co z tobą? - spytał zdziwiony, gdy niesione przez nas biurko nagle uderzyło z hukiem o podłogę, kiedy je puściłem.
Zakryłem twarz dłońmi, starając się opanować nadchodzący wielkimi krokami amok. Kurwa, dlaczego akurat w tej chwili? Skrajne odczucia jedynie potęgowały coś w rodzaju aury, podobną do tej co czują epileptycy przed atakiem padaczki.
- Uciekaj... - zdołałem wydobyć z siebie, zanim odebrało mi głos.
Tym razem niestety nie potrafiłem dłużej oprzeć się chorobie i pozwoliłem, by przejęła nade mną kontrolę. W sekundzie ludzki głos zastąpiły potworne pomrukiwania i gardłowe odgłosy. Ludzkie, płynne ruchy zastąpiły nagłe zrywy typowe dla normalnych Poparzeńców. Odwróciłem gwałtownie głowę w stronę Luciusa, powoli wycofującego się w stronę zbudowanych przez nas, prowizorycznych schodów. Obrzuciłem go pełnym szaleństwa spojrzeniem, oczy zabłysnęły dziką żądzą istoty szykującej się na upolowanie swojej ofiary. Niczym strzała wystrzelona z łuku, z pełną prędkością rzuciłem się w stronę Lucy.
<Lucius?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz