środa, 7 lutego 2018

Od Daiki'ego - CD Luciusa

Zaśmiałem się pod nosem, wyobrażając sobie jak bierze mnie na ręce i ciska o ścianę ze znajdującym się na niej włochatym potworem, jak to sam określił. Jednak strach przed lustrami wydawał mi się już nieco bardziej uzasadniony, jako że sam za nimi nie przepadałem: nie lubiłem tego jak wyglądam.
Popatrzyłem na Luciusa w dalszym ciągu bawiącego się moimi włosami: przypominał małe dziecko, które właśnie dostało ulubioną zabawkę i nie może się od niej oderwać. Wzruszyłem ramionami, pozwalając mu na to i przymrużyłem oczy: jego dotyk pomagał mi oderwać myśli od grzmotów czających się na zewnątrz. W pewnej chwili zorientowałem się nawet, że w momencie gdy oddalał dłoń, bezwiednie podążałem za nią, by kontynuował.
- Podoba ci się to, prawda? - zapytał z rozbawieniem, nie przestając gładzić mnie po głowie - To niezwykłe jak taka niewinna rzecz może okiełznać bestię.
Otrząsając się z dziwnego transu, głos bruneta dotarł wreszcie do mojej świadomości: niczym poparzony odsunąłem się od niego na odległość ramion.
- Już dobrze, nie masz się czego wstydzić. - starał się mnie przekonać, widząc zakłopotanie na mojej twarzy - Każdy człowiek potrzebuje czasem odrobiny czułości, to normalne. Nawet takie bezuczuciowe głazy jak ty.
Nie odpowiedziałem nic, zwyczajnie poczułem ogromne zażenowanie swoim zachowaniem. Doświadczyłem czegoś zupełnie nowego: przyjemnego i nie poprzedzonego bólem, jednak nie chciałem okazywać swoich słabości.
Rennges zdał sobie sprawę, iż na razie dalsze starania nawiązania ze mną konwersacji spełzną na niczym. Ponownie zdjął swoją marynarkę z ramion, posługując się nią jako poduszką, po czym ułożył się wygodnie na ziemi zamykając oczy. Najwyraźniej uznał, że z mojej strony chwilowo nic mu nie grozi, więc pozwolił sobie na odrobinę nieuwagi. Niezbyt rozsądne zważając na fakt z kim się tutaj znajdował, ale chyba mogłem uznać, iż mi ufa. Postanowiłem potrzymać niezapowiedzianą wartę.

[...]

Nawet nie wiem kiedy odpłynąłem. Obudziłem się oparty o jedną ze ścian tuż obok drzwi wejściowych. Rozejrzałem się leniwie po pokoju: nie dostrzegłem nigdzie Luciusa, tylko jego marynarka wciąż leżała na swoim dawnym miejscu. Czym prędzej zerwałem się na nogi, mając w głowie najgorsze scenariusze wyjaśniające przyczynę jego nieobecności.
Wyszedł gdzieś? Na pewno nie, przecież nie zostawiłby mnie.
Może musiał iść za potrzebą? To też odpada, tak dużo czasu to nie zajmuje.
Przeszukałem całe pomieszczenie, również za schodami, ponieważ budynek miał jeszcze jedno piętro. Mógłbym zawołać go po imieniu, lecz tym sposobem zwabiłbym tutaj Poparzeńców, a dzisiaj wyjątkowo nie miałem ochoty na walkę. Wtem znajomy krzyk dotarł do moich uszu, dobiegając z góry niczym piorun z nieba, mrożąc mi krew w żyłach. Prawie przewracając się na stopniach, ujrzałem bruneta przygniecionego przez jednego z zarażonych, który z dziką furią starał się dosięgnąć szyję mojego towarzysza, głośno kłapiąc przy tym zębami. W sekundzie zalała mnie fala wściekłości, gdy zamknąłem dłoń na jego szmatach w żelaznym uścisku i jednym pewnym szarpnięciem oderwałem poczwarę od Renngesa. Brutalnie cisnąłem nią o ziemię, słysząc przy tym jak chrupią jej kości. Wydałem z siebie przeraźliwy ryk przypominający ich własny, na którego dźwięk Poparzeniec zaprzestał ataku wpatrując się we mnie swoimi martwymi, czarnymi ślepiami. Nie zdążył nawet poruszyć palcem, gdy podeszwa mojego buta z dziwacznym pluskiem rozgniotła mu głowę. Dla pewności wtarłem to wszystko z poniszczone panele wyścielające podłogę, na zakończenie spluwając na zwłoki.
Dopiero wtedy biorąc dwa głębokie oddechy które mnie uspokoiły, zdecydowałem odwrócić się w stronę Luciusa. Jego potargana, niegdyś biała koszula przesiąkała teraz krwią: przeniosłem spojrzenie na jego prawy obojczyk, z widniejącym na nim półksiężycu odbitych od ugryzienia zębów. Czym prędzej padłem na kolana obok chłopaka, obserwując powstałą ranę.
- Dziabnął cię. - stwierdziłem zrezygnowanym tonem - Przepraszam cię, Luciusie. To moja wina, że nie usłyszałem jak wchodzi do środka. Nie dotrzymałem swojej obietnicy. - spuściłem głowę, kierując zawiedzione spojrzenie ku dołowi.
Nie chciałem patrzeć mu w oczy. Miałem sobie za złe, że nie byłem dostatecznie uważny. Chciałem w jakiś sposób pomóc mu przetrwać, a teraz będę zmuszony patrzeć na jego przemianę. Dziwne uczucie rozczarowania szarpnęło moje serce, kiedy poczułem jego wzrok na sobie. Dłoń chłopaka spoczęła na moim ramieniu, ściskając go nieco. Uśmiechnął się lekko.
- Nic się nie stało, Daiki. Jestem odporny, więc ta rana nie powinna być dla mnie śmiertelna.
- Nieprawda! - strzepnąłem jego rękę i poderwałem się z klęczek - Przed tobą znałem trzech takich, którzy byli "odporni" na wirusa. A teraz szwendają się po świecie jako te ścierwa. - wskazałem na zwłoki na drugim końcu pokoju - Trzeba cię natychmiast stąd zabrać i odkazić ranę. W przeciwnym razie... - przerwałem, kiedy mój głos stał się dziwnie piskliwy, przesiąkając paniką.
Rennges przerwał moją przemowę: objął dłońmi moją twarz i przybliżył ją do siebie tak blisko, iż mogłem poczuć jego ciepły oddech owiewający moje policzki.
- Nic mi nie będzie, obiecuje. Złego diabli nie biorą, więc uspokój się proszę. Bardzo mi to teraz pomoże. - starał się, bym przyjął do wiadomości każde wymówione słowo.
Ton głosu miał poważny, nieco chłodny, jednak dziwnie uspokajający. Spojrzenie jego ciemnych oczu pochłaniało mnie niczym czarna dziura: wpatrując się w nie odnosiłem wrażenie, że czas się zatrzymał. Bezwiednie zerknąłem na jego zastygłe w bezruchu usta: przeleciało mi przez myśl jak to jest kogoś pocałować i czy właśnie takie uczucie towarzyszy człowiekowi przed nastaniem owej chwili. Zdawszy sobie sprawę, że prawie zadałem to pytanie na głos, zebrałem całą siłę woli i wreszcie oderwałem się od Renngesa. Tyle nowych przeżyć w ciągu jednego dnia najwyraźniej niezbyt dobrze mi służyło.
- Po prostu znajdźmy w mieście jakąś aptekę, trzeba to opatrzyć. - oznajmiłem odwracając się do niego plecami, by nie zauważył jak wielkie zakłopotanie pokryło moje oblicze. - Reszta zarażonych na pewno zdołała usłyszeć moje nawoływanie, a był to zew zwiastujący udane polowanie. Wkrótce zlecą się tutaj, by pożreć to ciało.
Bardzo ryzykowaliśmy wyprawą do centrum: z tego co mi wiadomo, nawet odpornych w zetknięciu z wirusem dopada bardzo wysoka gorączka, starająca się zwalczyć zakażenie. Nie miałem żadnej pewności czy cokolwiek uda nam się znaleźć, ale jeżeli nie spróbujemy, Lucius umrze wycieńczony gorączką, która uniemożliwi mu biegania oraz przemieszczanie się przez co stanie się łatwym łupem. Nie mogłem do tego dopuścić, miałem wobec niego dług wdzięczności: a jeżeli ktoś zdobył moją lojalność, byłem gotowy nawet zginąć, żeby osiągnąć cel.

<Lucius?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz