sobota, 10 lutego 2018

Od Hedy

 Wokół mnie panowała zupełna ciemność. Krople wody spadające z sufitu, które głośno uderzały o posadzkę, tworząc echo, nie pozwalały mi się skupić. Gryzłam się z własnymi myślami, wrzeszcząc w głowie, że potrzebuję snu. To jedyne, czego potrzebuję. Wyciągnęłam rękę w górę i złapałam w palce sznurek, po czym pociągnęłam go do siebie, sprawiając, że wisząca pod sufitem żarówka rozbłysła jasnym blaskiem. Ostatnio obowiązki stanowiły jedyny fundament moich dni. Brakło mi czasu na dalszą eksplorację terenów; na coś, co dawało ukojenie moim nerwom i oddzielało mnie od wszelkich formalności. Uświadomiłam sobie szybko, że cisza dookoła mnie zostaje stopniowo rozdzierana. Za drzwiami tupały ludzkie stopy i przeganiały one milczenie spomiędzy zimnych ścian jaskiń. Mimo wszystkich ukłuć nienawiści, wiedziałam, że nie znalazłabym lepszego miejsca, w którym mogłabym utrzymać bezpieczeństwo ludzi we własnych rękach. Coraz częściej jednak przyłapywałam się na tym, iż to na Pogorzelisku odczuwam prawdziwą wolność i swobodę.
   Dźwignęłam się na nogi i opuściłam skrzypiące, stare łóżko, które dotąd uginało się pod moim ciężarem. W półcieniu dostrzegłam mojego przyjaciela, spoczywającego na najwyższej półce, po czym rzuciłam mu znużone spojrzenie. Jak zwykle George nie miał mi zbyt wiele do powiedzenia – był cholerną czaszką. Odkąd znalazłam go pod ruinami monopolowego, towarzyszy mi bez przerwy, ukryty w niedużej, zaniedbanej odrobinę torbie.
   - Pakuj się. – Postąpiłam parę kroków do George'a i ruchem ręki zgarnęłam go do torby niżej. Wleciał tam bezwładnie. – Musiał być z ciebie przystojniak za życia.
   Zabrawszy manatki, wyszłam na korytarz, od którego biło te cudowne zimno w odróżnieniu od istnego paleniska, jakim jest świat na zewnątrz. Oprócz naturalnej opalenizny, nie nabawisz się tam niczego innego. Chyba że jakiegoś syfu od Poparzeńców. Przekręciłam głowę w kierunku źródła cichego tupania i przyłapałam gościa, którego imienia nie szczególnie pamiętałam. Na końcu długiego korytarza zatrzymała się jego sylwetka oświetlona lampą na baterie słoneczne – zatem mieliśmy ich od cholery!
   - Hej, ty tam… zapomniałam imienia. – Machnęłam ręką z niezbyt wyraźnym wyrazem twarzy. Skupił na mnie swoją cenną uwagę i szybko zrozumiał, że ma podejść bliżej.
   - Tak, pani Creswell? – rzucił mi przestraszone spojrzenie, próbujące ukryć się pod spuszczoną odrobinę głową. Czy ja jestem straszna?
   - Nie miałeś czasami amunicji do wykonania? Zamiast tego łazisz jak jakiś złodziej po korytarzach i budzisz innych… – Moja poważna twarz ujawniła się tylko po to, żeby po chwili zmienić się w krzywy uśmiech. – Staraj się poruszać trochę ciszej. Leć tam gdzie miałeś lecieć, tylko sobie nóg nie połam! – Klepnęłam przestraszonego nastolatka w ramię na odchodnym. Poczułam jak wzdryga się niczym krowa jadąca na rzeź.
   - Jasne. – Odwracał się powoli w przeciwnym kierunku, lecz nagły zryw z powrotem zwrócił go do mnie. – Przy wyjściu z Esylum powstały jakieś zamieszki. Dwóch biegaczy nie wróciło w odpowiedniej porze.
   Jego poważny wzrok zmusił mnie do westchnienia. Nie miałam ani chęci, ani ochoty na to, żeby rozwiązywać konflikty, aczkolwiek każdy lider potrafi się z tym doskonale kryć. Wyminęłam chłopaka sprawnym ruchem, ścierając się z jego ramieniem, i twardo ruszyłam przed siebie. Pokonałam niemający końca schemat rozległych korytarzy, jakby znając go na pamięć. Cieszyłam się zimnem, jakie oddawały kamienne ściany, tak długo jak tylko mogłam, gdyż spotkanie się ponownie z okropnym żarem budziło we mnie tylko zmęczenie. Stłumione w ostatnim tunelu głosy zaczynały zakłócać ciszę, mieszając się. Przed sobą ujrzałam parę dyskutujących osób, które nie zamierzały poprzestać na spokojnej rozmowie.
   - Hej, hej, hej. – Echo mojego głosu natychmiast przeszyło powietrze i rozbiegło się po całym korytarzu. Trzy powtórzenia tego słowa oznaczały nic innego, jak ostrzeżenie, a ten kto mnie znał, wiedział, że jestem konsekwentna. – Jak się kłócicie, to trzeba było mnie wcześniej zawołać. Dołączyłabym się. Lubię dyskutować.
   - Dwóch biegaczy miało być równą godzinę temu, a słońce zachodzi. W nocy jest najgorzej, wszyscy to wiemy… – odezwał się spanikowany blondyn, jego też nie kojarzyłam. W ślad za nim poszła drobna dziewczyna, Lana, tutejsza medyczka.
   - Musimy im pomóc!
   - Nie będziemy nikogo narażać, bo nocą w mieście kręcą się większe grupki tych sukinkotów niż za dnia. Wy poczekacie do rana, a ja przejdę się najwyżej sama – mówiłam tak, jakbym właśnie określiła pogodę na zewnątrz.
   Twarze tych paru ludzi kompletnie skamieniały. Jednakże ja nie czułam niczego innego jak nudną obojętność. Znajomość terenu w pełni podbudowywała moją pewność siebie i byłam przekonana, że tym razem zadzieje się coś, co zburzy moją rutynę. Gestem dłoni rozkazałam rozejść się zebranym, którzy natychmiast opuścili miejsce zgromadzenia. Zewsząd powrócił do mnie pozorny spokój, przygotowujący mnie do wypuszczenia się poza bezpieczną strefę. Poprawiłam torbę na ramieniu i bez żadnych zbędności powiodłam za ciepłą poświatą światła, wylewającą się z wyjścia na zewnątrz. Potem momentalnie pochłonął mnie żar zachodu słońca. Mimo coraz bardziej zbliżającej się nocy, temperatura nie spadała ani na chwilę, nie pozwalając nam uwolnić się od morderczych warunków. Strażnicy zamknęli po mnie bramę, będącą częścią potężnej barykady – bo przecież jakoś musieliśmy się bronić przed wtargnięciem Poparzeńców, a niezliczone ilości korytarzy nie zawsze będą przynosić nam szczęście.
   - George, gotowy trochę pobiegać po ruinach? – Uśmiechnęłam się sama do siebie i poklepałam bok torby, dokładnie wykrywając pod dłonią kształt twardej kości ciemieniowej. Z każdym krokiem coraz bardziej oddalałam się od bezpiecznej strefy, a moja skóra oraz ubranie skąpały się w ciepłych barwach zachodzącego słońca. Niebo, częściowo malowane odcieniami granatu, zwiastowało jeszcze bliższe nadejście nocy niż wcześniej. Miałam zatem mniej czasu na to, by znaleźć i biegaczy, i schronienie. Ale z drugiej strony oni głupi nie są. Wiedzą dobrze, że schronienie jest priorytetem.
   Minęło już znacznie więcej czasu. Wraz ze znikającymi ostatnimi promieniami słońca, moje poczucie bezpieczeństwa odpływało. Szukałam śladów, czegokolwiek, co naprowadziłoby mnie na szlak, którym podążali biegacze, ale na ustalonej trasie nie było nawet żadnych Poparzeńców. Noc objawiła mi się w zupełnie niespotykanej tutaj ciszy.
   Nagle cały spokój przerwał spadający ze sterty gruzu kamień, a za nim kolejne. Spojrzałam tam i poczułam jak zbiera się we mnie zdenerwowanie, gdy czarna sylwetka świsnęła mi niedaleko przed oczami.
   - Wyjdź, świrze. – Uniosłam głos, a moją twarz przeciął uśmiech, który pośród cieni nie mógł się odznaczać. Starałam się wyjąć pistolet z torby jak najciszej, ale odbezpieczenie go z pewnością narobiło hałasu. – Wyjdź, jeśli chcesz świeżego mięska!
   Cofnęłam się do tyłu. Potem jeszcze krok i natychmiast poczułam, jak coś ciężkiego blokuje mi drogę. Odwróciłam się w tamtym kierunku, spojrzałam w dół, a widok krwi błyszczącej w świetle księżyca odebrał mi resztki poczucia bezpieczeństwa. Szkarłatna ciecz zaścielała nieruchome zwłoki, leżące na wznak. Rozległe obrażenia nie pozwoliły mi nawet odróżnić części ciała od siebie. Byłam przekonana, że oczy nie znajdowały się w odpowiednim miejscu.
   Biegacz nie żył. Został jeden, który walczył o przetrwanie, a ja nie wiedziałam nawet gdzie.

Daiki?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz