Wybiegłem z bezpiecznej strefy statku i prawie upadłem, kiedy moje nogi niebezpiecznie się rozjechały na piasku. Zdjąłem marynarkę i obwiązałem ją wokół bioder. Wyciągnąłem ręce ku górze i się rozciągnąłem. Poćwiczyłem nieco w miejscu, a gdy poczułem, że całe moje ciało jest gotowe na ruch, ruszyłem spokojnym biegiem przed siebie. Wciągnąłem do nosa gorące powietrze, czując żar z góry. Na chwilę zamknąłem oczy będąc pewnym, że na nic nie wpadnę i o nic się nie potknę. W ciszy biegłem przed siebie, aby zacząć ten dzień od mojej ulubionej rzeczy, czyli od biegania. Niektórym może to się wydać dziwne, ale to prawda. Gdyby moje ciało dało radę, biegłbym przez cały dzień, aż bym zdechnął z głodu. No dobra, może przesadzam, ale nie mogę inaczej określić tego uczucia fascynacji, kiedy biegnę. Z zamkniętymi oczami powróciłem do czasów, w których jeszcze żyła moja matka i mieszkaliśmy w małym mieście, gdzie jeszcze było bezpiecznie. Ile razy urządzaliśmy ze znajomymi wyścigi mówiąc, że pierwszy przeżyje, a ostatniego zjedzą Poparzeńcy. To były piękne czasy, tym bardziej, że nikt mi nie dorównywał w bieganiu. No może oprócz chłopaka o trzy lata starszego, który niestety zachorował szybciej, niż można było się tego spodziewać.
Nagle zauważyłem w oddali poruszające się postacie, a piasek zamienił się w ulicę. Stanąłem na chwilę i przymrużyłem oczy. Przekląłem pod nosem, kiedy zdałem sobie sprawę, że to żadni zbieracze czy inni cywilizowaniu ludzie, tylko Poparzeńcy. Po czym ich poznałem z daleka? Bo wydawali z siebie okropne jęki, poruszali się jak po przejechaniu tirem i śmierdzieli na kilometr gotowaną zgnilizną. Odwróciłem głowę zdając sobie sprawę także z tego, że pobiegłem dalej, niż miałem zamiar. Wbiegłem na teren uniwersum.
Zawróciłem i zacząłem biec w przypadkową stronę szybciej, niż wcześniej. Poparzeńcy w porównaniu do typowych zombiaków z horrorów byli o wiele szybsi i poruszali się chyba jak zwykły człowiek. Tym, że jak biegli, bujali się na boki, jakby nie mogli utrzymać równowagi. Wbiegłem między budynki i trafiłem na jakieś boisko. Kolejni Poparzeńcy zaczęli wychodzić zza ściany, a mi się udało wychwytać wzrokiem drogę ucieczki prowadzącą na pustynię. Rzuciłem się w ucieczkę, unikając jednego z nich. Zdołał mnie zadrapać w ramię, ale lekko. Ponad to jestem odporny - bynajmniej takie badania wyszły u Lulu.
Wbiegłem na piasek i od razu opanowałem nogi. Nie zwalniając ruszyłem prosto przed siebie, nawet się nie odwracając. W głowie miałem zamglony obraz matki, którą pochłonęła choroba. Wyglądała okropnie. Nie była odporna, a jej ciało nawet nie próbowało się przystosować. Umarła szybko i boleśnie. To wspomnienie nie pozwoliło mi się zatrzymać, a gdy to zrobiłem, znajdowałem się przed jakimś tunelem. Zajrzałem do środka. Na ścianach były poustawiane pochodnie. To mnie zaciekawiło, dlatego wszedłem do środka.
Świetnie. Nie ma jak to się zgubić. Przyszedłem tu tylko się rozejrzeć, a przez liczne tunele, wejścia i inne drogi ciekawość wzięła w górę i zapomniałem, skąd przybyłem. Przestałem biec, aby nie marnować już energii. Schowałem ręce do kieszeni i niczym zwykły osobnik, "spacerowałem" tunelami, w poszukiwaniu wyjścia. Po powrocie powiem, że przypadkiem wleciałem do dziury, pod którą znajdowały się tunele. Ale czy mi uwierzą? Ja przypadkiem nie wpadam do żadnych dołków, prędzej sam bym do nich wskoczył. W końcu zauważyłem jakąś postać siedząca przy jednej ze ścian. Od razu do niej podszedłem.
- Cześć, możesz mi pomóc? - poprosiłem, stając naprzeciw obcego.
Podniósł na mnie głowę, a mnie przeszły ciarki i powiem, że się nieco wystraszyłem. Pierwsze co mi przyszło do głowy, to że mam przed sobą okaz Poparzeńca lub chorego na Lecrimo. Patrzył na mnie zamglonym wzrokiem, a na moją twarz wdarł się uśmiech. To nie był Poparzeniec, zaatakowałby mnie.
- Jesteś Ypsilo? - zapytałem ciekawy.
Zmierzył mnie chłodnym spojrzeniem, w którym widziałem nutkę szaleństwa, które na tą chwilę jakby przygasło. Zmęczony?
- A co? - burknął mrużąc oczy. Przyjrzałem się uważnie jego czarnej burzy włosów, przenikliwym grafitowym spojrzeniu i klamrom na jego ciele.
- Ale zajebiście wyglądasz - dopiero po wypowiedzeniu tych słów zdałem sobie sprawę, że to twierdzenie raczej nie było odpowiednie. - Zabiłeś już kiedyś kogoś, jak cię amok owładnął? - dlaczego ja pytam o takie rzeczy? Cóż... pewnie temu, że jeszcze nigdy nie spotkałem na własne oczy Ypsilo, a to, co mówią inni, jest niczym, w porównaniu do własnej rozmowy z takim człowiekiem. Zapomniałem nawet, że szukałem wyjścia.
<Daiki?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz