Nagle rzucił się na mnie z opętanym spojrzeniem, podrygując przy tym jak typowy Poparzeniec. Gdy tylko zobaczyłem jak jest blisko mnie, od razu wskoczyłem na szafkę. Ręką złapałem górnej części i się podciągnąłem, czując, jak Daiki wpada na szafkę z impetem. Cała konstrukcja zachwiała się, ale dalej utrzymywała się w pionie. Zacząłem się wspinać ku górze, a opętany Ypsilo za mną. Charczał przy ty i wydawał dziwne gardłowe odgłosy. Pełzł za mną utrzymując ciągle tą samą odległość, od moich stóp. Mocno chwytałem każdą ramę szafki, co jakiś czas wpadając na odłamki szkła na brzegach, przez co moje dłonie zaczęły krwawić. Dzięki adrenalinie nie poczułem bólu, byłem raczej bardziej zdeterminowany by dojść do końca, a potem... co? Prowizoryczna drabina nie była jeszcze gotowa, brakowało trochę na samej górze, aby sięgnąć do wyjścia, ale... Poczułem, jak Daiki chwyta moją nogę i mocno ciągnie w swoją stronę. Chwytając się mocno metalowego przedmiotu, zacząłem szamotać nogą, by mnie puścił. Mocno się trzymał, dlatego zostałem zmuszony kopnąć go prosto w twarz. Puścił mnie w końcu, ale nie spadł. Zawisł na jednej ręce, a po trzech sekundach, gdy doszedł do siebie, znowu zaczął się wspinać. Ja w tym czasie doszedłem do końca i stałem na chwiejnej budowie, która była bliska zawalenia. Spojrzałem w górę. Od trzech do pięciu metrów (w takich sytuacjach trudno jest dokładnie oszacować odległość) dzieliło mnie od wyjścia. Spojrzałem w dół. Daiki był już blisko, za chwilę złamie mnie ponownie za nogę, ale tym razem zrzuci. Nie myśląc długo, zaraz po tym, jak wyciągnął rękę, skoczyłem przed siebie, wyciągając jak najdalej ręce. Sądziłem, że wyląduje plackiem na ziemi, a Ypsilo rzuci się na mnie. Nawet nic nie zrobię, po uderzeniu w twardą powierzchnie. Ale sprawy potoczyły się inaczej. Udało mi się chwycić krawędzi i zacisnąć palce na czymś metalowym. Z tyłu mnie usłyszałem, jak wszystkie szafki się wywracają i lecą w dół, a wraz z nimi Daiki. Podciągnąłem się do góry myśląc, że się zabił, ale Ypsilo są zbyt wytrzymałe. Prawda?
Usiadłem na ziemi i nim pozwoliłem sobie odpocząć, rozejrzałem się. W pobliżu nie było żadnego zagrożenia, bynajmniej w tej chwili. Spojrzałem w dół, do dziury, w której wylądowaliśmy. Nigdzie nie widziałem chłopaka, musiał leżeć pod meblami. Poczułem się za to odpowiedzialny i chciałem do niego już zejść, ale nie miałem pewności, czy nie będzie chciał mnie znowu spróbować zabić. Wziąłem parę głębszych wdechów i po dwóch minutach wstałem i zacząłem biec w kierunku Shanty. Pozostały mi niecałe dwa kilometry, ale przez krwawiącą nogę (przez adrenalinę dalej nie odczuwałem bólu) mój bieg był utrudniony. Normalnie dobiegł bym do statku w ciągu dziesięciu czy piętnastu minut, a w mojej obecnej sytuacji droga zajęła mi dobre pół godziny, jeśli nie więcej. Przeszkodą nie była tylko noga, która zaczynała mnie cholernie boleć, ale wykończenie i upał. Kiedy dotarłem do domu, natychmiast rzucić się po coś do picia.
- Ty bęcwale! - usłyszałem zdenerwowany głos Lulu.
Spojrzałem w jej stronę. Patrzyła na mnie gniewnym wzrokiem.
- Gdzie ty się szlajałeś?! - wykrzyczała, zwracając na nas uwagę większości znajdując się w jadalni. - Masz tu siedzieć i się nigdzie nie ruszać - rozkazała i szybko wybiegła z pomieszczenia.
Wypiłem kolejny łyk wody, chwytając wolną butelkę. Położyłem ją na
kolanach, czekając na Lilyan'e. Po chwili zobaczyłem Dolara, który
usiadł obok mnie.
- Lucy, gdzie cię złapały? - zapytał wskazując na nogę. - No i gdzieś ty
był? Miałem wrócić za godzinę, a cię nie ma od rana - spojrzał na mnie
gniewnym wzrokiem.
- Spokojnie, to nic takiego. Po za tym Lulu już widziała - uśmiechnąłem
się, co odwzajemniła.
Lilyana była taką kobietą, która gdy widziała
jakąkolwiek ranę, natychmiast wariowała i szła po cała apteczkę. - Po za
tym nie mam zbytnio czasu.
- Bo?
- Muszę komuś pomóc - jego wzrok nakazywał, abym wszystko mu wytłumaczył. - Wrócę, to dowiesz się wszystkiego - położyłem mu dłoń na ramieniu. Westchnął i przytaknął.
- Tylko wróć w jednym kawałku.
Lulu wróciła po dwóch minutach, czerwona na twarzy. Nigdy nie lubiła biegać i miała słabą formę, dlatego nawet zwykły truchcik ją wykańczał. Zwaliła Dolara z krzesła i na nim usiadła, podnosząc moją nogę i kładąc ją sobie na kolanach. Syknąłem cicho. Zawinęła spodnie, stwierdziła, ze jestem nieodpowiedzialny i zaczęła mi czyścić ranę. Ktoś ją upomniał, że tego nie robi się w miejscu, gdzie jest jedzenie, ale ona go tylko spławiła ręką twierdząc, że to zwykłe skaleczenie i wróciła do pracy. Oczyściła ranę i zawinęła mi ją bandażem, a ja ciągle się zastanawiałem, co zrobi Daiki (jeśli żyje) pod stertą szafek. No i czy próbuje się stamtąd wydostać...
- Dzięki kochana - przytuliłem ją wąchając jej włosy, na co walnęła mnie w łeb. - Będę później - powiedziałem szybko i się odwróciłem.
- Gdzie ty znowu leziesz?! - nie otrzymała odpowiedzi.
Z magazynu zwinąłem gruby sznur i pobiegłem z powrotem do miasta. Rana dawała się we znaki, ale po zaciśnięciu zębów, na pewno dobiegłem tam szybciej, niż wracałem. Robiło się coraz ciemniej, a ja niestety nie miałem na sobie bluzy Daiki'ego, która może by mnie uratowała przed Poparzeńcami. Chociaż... prędzej by chyba przesiąkła moim i innych ludzi wonią, niż jeszcze by nadawała się do takiej obrony. Gdy zobaczyłem pierwsze budynki, nawiedził mnie strach, a serce zaczęło bić szybciej. Przecież jak trafię na chociażby mała grupkę ich, nie zdążę uciec. Chyba, że adrenalina ponownie zabierze ze sobą ból, ale czy mam to zagwarantowane? Starałem się nie zrobić żadnego hałasu i ciągle obserwowałem teren. W oddali rzuciły mi się sylwetki, które powoli kroczyły w przeciwną stronę. Gdy jeden z nich odwrócił się w moim kierunku, schowałem się za ścianą modląc się o szczęście. Najpierw o wiele szczęścia. Gdy się ponownie wychyliłem, odeszli w swoją stronę. Ja ruszyłem w przeciwną, aż nie natrafiłem na dziurę w ziemi. Dzielnica była pusta. Kleknąłem i zawisłem głową nad dziurą.
- Daiki, żyjesz? - powiedziałem szeptem, starając się, aby głos mógł usłyszeć tylko ten na dole, a nie cała horda na górze. Dostrzegłem jakiś ruch pod ścianą. - Daiki, to ty? - po chwili jego głowa wyszła z ciemności, a ostatnie promienie światła ukazały mi twarz Ypsilo, ale nieco inną... musiał pogubić klamerki. - Trzymaj wodę. Nie wiem, czy ją pijecie, ale masz - rzuciłem mu butelkę, którą wcześniej zwinąłem z jadalni. - I jak dasz mi po ludzku zdać, że już nie chce mnie zabić, to ci rzucą linę. Tylko się pospiesz - podniosłem głowę i się rozejrzałem. Na razie pustka, ale miałem złe przeczucia. Wyprawa o tej porze do uniewersum jest bardzo, ale to bardzo bardzo złym pomysłem.
<Daiki?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz